Witaj Wenecjo!

August 5, 2020

Rzeczą piękną jest snucie marzeń oraz budowanie planów. Czasami te marzenia się spełniają, a czasami nie, c’est la vie.

Nadal nie mogę uwierzyć, że tutaj jesteśmy. Kilka lat temu narodziła się nam początkowa, mało wyraźna idea zamieszkania właśnie w Wenecji. Po kolejnej wizycie w La Serenissima ta cały czas żywa idea rozpoczęła ewoluować i przerodziła się w coś, co rozpoczęło przybierać kształt planu przeprowadzki do Wenecji. Słyszałam tyle komentarzy czy uwag odnośnie nieprzyjemnej woni kanałów, zanikających mieszkańcach, masowej turystyce oraz wysokiej wilgotności powietrza lub trudnych zimowych miesiącach. Natomiast z bardziej pozytywnej strony pojawiły się ciepłe słowa zachęty i najlepsze życzenia na nadchodzący dla nas nowy rozdział.

Jesteśmy już w Wenecji, gotowi przyjąć i przeżyć ją taką, jaka ona jest. Nie budowałam żadnych oczekiwań przed naszym przyjazdem. Wydaje mi się, że utworzone w naszej głowie oczekiwania mogą ograniczać głębię doświadczeń i stać się wynikiem wielu frustracji oraz rozczarowań, szczególnie gdy poprzeczka została ustawiona zbyt wysoko. Wolę raczej mieć nadzieję aby móc zwać Wenecję moim domem i stać się jej częścią.

Do Wenecji dotarliśmy, lekko powiedziawszy, troszkę zmęczeni organizowaniem pakowania naszego dobytku oraz całej przeprowadzki, która nie potoczyła się dokładnie zgodnie z planem. Tego dnia padało w Wenecji przez cały dzień i był przypływ tzw. wysokiej wody (l’acqua alta). Zaryzykowaliśmy i zdecydowaliśmy się na dostarczenie kartonów nadal tego samego dnia. Moja ukochana marmurowa płyta na stół musiała zatrzymać łódkę transportującą ją na wielu mostach, nie dotarła ona do mnie tak jak ją pamiętałam. Być może są to uroki posiadanie zbyt wielu rzeczy.
Nasze kartony były przemoknięte, prawie rozpadające się i ułożone jeden na drugim w nowym mieszkaniu. Rozpoczęłam je rozpakowywać, tyle, na ile wystarczyło mi sił, i mówimy tutaj o wielu, może nawet zbyt wielu pakunkach.

Byliśmy głodni i potrzebowaliśmy czegoś na mały lunch. Do Wenecji przybyliśmy porannym pociągiem, i ku naszemu zdziwieniu podczas pierwszej podróży podczas koronawirusa niemalże wszystko na stacji było zamknięte, niemożliwe było też kupienie kawy ani herbaty w pociągu.
Wzięliśmy zatem parasol w rękę, wkroczyliśmy na Campo San Barnaba i natknęliśmy się na przemiłe rodzinnie prowadzone miejsce, gdzie delektowaliśmy się tramezzino, małymi kanapkami w kształcie trójkąta, pełne finezji i kreatywności. Właściciele tego miejsca byli szczęśliwi usłyszeć obcy język. Było to na początku czerwca, zaraz po otwarciu regionów Włoch oraz granic dla swobodnego przemieszczania się. Okoliczni restauratorzy byli lekko dociekliwi, wyłącznie aby dowiedzieć się kto przyjeżdża do Wenecji, skąd oraz jakim środkiem transportu. Przyjeżdżając do Wenecji z Rzymu pociągiem nie odhaczyliśmy żadnego punktu, ale byliśmy za to przemile przywitani.

Następnego dnia, porankiem, nie mogliśmy przegapić wycieczki na targ rybny przy moście Rialto. Jedna z głównych przyczyn naszej przeprowadzki do Wenecji. Marzyłam o robieniu zakupów na tym rynku przez wiele miesięcy. Wybór jest tak duży u wielu sprzedawców. Być może nieco uboższy podczas ciepłych wakacyjnych miesięcy, nie wspominając o oczywistych konsekwencjach koronawirusa. Za każdym razem byliśmy zaskoczeni ilością pięknie wyeksponowanych lokalnych produktów, przeważnie pochodzących z wyspy Sant’ Erasmo, sadu i ogrodu warzywnego Wenecji.Oprócz stoisk rybnych oraz owocowo-warzywnych, dookoła rynku jest wiele sklepików, w których można kupić prawie wszytko co można by chcieć lub jest potrzebne do gotowania.
Ja nadal się uczę po nich poruszać, co jest częścią całej zabawy.

Kolejna rzecz, którą absolutnie kocham w Wenecji są to jej liczne cukiernie pasticcerie. Poranny rytuał filiżanki kawy oraz jeszcze ciepłe wypieki prosto z piekarni jest czymś, o czym myślę i już nie mogę doczekać kolejnego dnia przed pójściem spać. Przyznaję, że uwielbiam te ciepłe wypieki spożywać w domu, na balkonie z widokiem na skąpany w porannym słońcu kanał, przy którym mieszkamy. Ta poranna przyjemność może dobiec końca jak tylko nadejdzie zima. Zawsze uwielbiałam włoskie rogaliki z kremem budyniowym cornetti alla crema, ale im więcej lokalnych cukierni odkrywam, tym więcej mam nowych ulubionych słodkości danego tygodnia. Tak, czuję się rozpieszczona pod względem wyboru.

Ale pond wszystko, to mgliste i romantyczne zjawiska atmosferyczne przyciągnęły nas do La Serenissima najbardziej.

Prawie od razu po naszym przyjeździe wsiedliśmy w vaporetto i udaliśmy się na maleńką wyspę Torcello, a tam do Locanda Cipriani. Jest to miejsce, w którym się zakochaliśmy podczas Noworocznej wizyty kilka lat temu. Podczas zimowego, chłodnego ale słonecznego dnia o rześkim powietrzu. Pyszne jedzenie, wspaniałe wino oraz rozpalony kominek nieopodal. Przy tej okazji jakkolwiek, wyspa była tętniąca życiem oraz miejscem spotkań mieszkańców laguny. Zjawisko, którego przez długi czas nie widziałam ze względu na lockdown i kolejne ograniczenia. Nasz stolik tym razem znajdował w przepięknie utrzymanym ogrodzie. Dotarliśmy do niego w samą porę, zanim rozeszło się lekkie zachmurzenie i zrobiło się bardzo ciepło. Przekąska, smażone kwiaty cukinii w lekkim i chrupkim cieście, wypełnione nadzieniem z krewetek, była najlepsza jaką kiedykolwiek posmakowałam.

Pomimo, iż znaliśmy już Wenecję do pewnego stopnia przed naszym oficjalnym przyjazdem już nie jako turyści, znajdowanie miejsc na tramezzino, aperittivo czy kolację, jest to dla nas ogromna przyjemność i element całego doświadczenia. Jedzenie jest tutaj tak odmienne od tego, do którego przywykliśmy w Rzymie. Za którym, muszę przyznać że, tęsknię i z chęcią powrócę do ulubionych potrawym w mojej niewielkiej weneckiej kuchni. To właśnie w Wiecznym Mieście spędziliśmy prawie pięć niezapomnianych lat, jednocześnie naszych pierwszych lat we Włoszech. Wspomnienia, które trzymam w sercu są wielkie i wypełnione nostalgią.

Moja wenecka kuchnia jest mniejsza od tej, którą miałam w Rzymie, ale jest ona bardzo słodka.
Pomimo wielkiej przyjemności stołowania się na mieście, udaję się na rynek regularnie. Specjały jak langusty czy przegrzebki początkowo dominowały w koszyku z zakupami. Surowe langusty skroplone dobrą oliwą oraz sokiem z cytryny nie mają sobie równych. Za przegrzebkami w szczególności się stęskniłam od momentu wyjazdu z Anglii. Nie są one po prostu tutaj popularne ani łatwo dostępne. Uwielbiam podawać je z podsmażonym hiszpańskim chorizo, hojnie skroplone sokiem z cytryny i udekorowane świeżą kolendrą.

Bardzo często raczymy się pieczoną rybą w soli. Jest to fantastyczny i bardzo prosty sposób zatrzymujący wilgoć mięsa poprzez pieczenie w skorupie z soli, w której otoczona jest ryba. Nawet jak pozostawimy rybę kilka minut dłużej w piekarniku, będzie ona nadal soczysta i przepyszna.

Niedawno pojawiły się na naszym stole filety z dorsza zapiekane pod pierzynką ze świeżych ziół oraz orzechów włoskich. Jest to kolejny, nieskomplikowany lokalny przepis, którym się chciałam z Wami podzielić. Tak przygotowanego dorsza lubię podawać z zieloną sałatką i cienkimi plastrami surowego chrupkiego kopru włoskiego.

Również na blogu pojawił się przepis na gamberi in saor, wenecki sposób na podanie krewetek w słodko-kwaśnym sosie z cebulą, rodzynkami oraz orzeszkami piniowymi. Tradycja woła o sardele, ale również bardzo często zastępuje się je krewetkami lub nawet langustami, w bardziej luksusowym wariancie.

Ponadto ugotowałam nam, po raz pierwszy, ragù z kaczki, podane z jajecznym makaronem pappardelle oraz pojawiły się pieczone udka kaczki z pieczonymi śliwkami w czerwonym winie.
Delikatne i miękkie gnocchi pokryte słodkim sosem z pieniącego się masła z cynamonem oraz cukrem, są dla mnie ostatecznym “comfort food” z regionu Veneto.

Nowy przepis na słodkości to semifreddo z miodem, orzechami włoskimi oraz winem marsala (moim ulubionym), udekorowane słodkimi figami, jeżeli są one w sezonie. Perfekcyjny letni (ale nie tylko) chłodny deser, niesamowicie szybki, nadający się na każdą okazję.Wystarczy wyjąć go kilka minut przed podaniem z zamrażalnika i udekorować owocami lub pokruszonymi migdałowymi ciasteczkami amaretti.

I tak właśnie znaleźliśmy się w Wenecji, nie wiedząc jeszcze nawet na jak długo.
Nadal jest tutaj spokojnie i przepięknie. Stopniowo i powolnie napływają turyści, przywracając to miasto do życia.


Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *