


Lato już przeminęło. Otulona chmurami Florencja czeka na przybywający wolnymi krokami deszcz. Widok, którego po długim i najgorętszym lecie we Włoszech jakie pamiętam, nie widziałam bardzo długo. Najsmutniejsza rzecz w tym wszystkim to ta, kiedy doskwierający upał nie pozwala robić prawie nic i każdy tylko czeka na ochłodzenie. Kiedy z czasem temperatury opadną, ten moment najprzyjemniejszej i balsamicznej pogody umyka tak szybko, trwa za krótko. I tak dokładnie było tego lata. Jakkolwiek, staram się podtrzymywać tą ulotną chwilę lata, nie pozwalam mu odejść. Chęć, a ponad wszystko potrzeba zobaczenia ponownie wychodzącego słońca, jest mocniejsza niż zazwyczaj, także w życiu prywatnym.
Prawie każdy sierpień oznacza dla Dègustateura i dla mnie przyjazd do moich rodzinnych stron w Polsce, do moich rodziców. Dwa tygodnie na wsi, miejscu w którym dorastałam, miejsce które kocham. Moje rdzenne okolice to tak naprawdę nic specjalnego, oprócz pięknego rolniczego krajobrazu, bezkresnych płacht pól, złotych zbóż gotowych do skoszenia, oraz ciepłe wspomnienia mojego dzieciństwa, kiedy to życie wydawało się proste, bezpieczne i beztroskie.
Czas spędzany w domu zawsze wydaje się przemijać niezmiernie szybko, a jeszcze szybciej podczas ostatnich dni. Ale czy to już tak nie jest, kiedy się dobrze spędza czas?
Nasze dni w Polsce płyną naturalnym i lekkim nurtem. Śniadanie razem lub oddzielnie, na tarasie, pośród kwiatowego przepychu mojej mamy. Obiady i kolacje jakkolwiek, jemy razem, tradycyjnie zasiadając do stołu. Wieczorom w szczególności akompaniuje nam wino oraz zdrowa ilość śmiechu, łagodząca barierę językową Dègustateura.
Moja mama dla nas dużo gotuje, co sprawia jej ogromną przyjemność (idące za tym zmywanie naczyń to już inna para kaloszy). Jednak tym razem było nieco inaczej. To ja spędziłam więcej czasu w kuchni, ponieważ moja mama nie czuła się dobrze. Oprócz gotowania wykonywałam także wiele innych rzeczy i prac, dedykując więcej czasu moim rodzicom, podążając za naturalnymi zmianami w życiu.
Moją jedyną rutyną i stałą będąc w domu rodzinnym to długie spacery, na które zabieram nasze dwa małe psy. One to wręcz uwielbiają. Jak tylko się pochylam i zakładam na nogi buty, zaczynają one skakać mi do nosa, szczekać oraz wydawać wszystkie odpowiednie odgłosy, jakie wydają psy gdy są szczęśliwe. Przez pierwsze kilka metrów te niewielkie psy ciągną wręcz nas na smyczach (bardzo często Dègustateur do nas dołącza), kiedy docieramy do mało uczęszczanej drogi polnej, biegają one swobodnie i wąchają wszystkie nowe napotkane zapachy. W drodze powrotnej, biedaki idą zmęczone za nami. Do tego mamy koty, trzy mówiąc dokładnie. Dwa z nich, bliźniaki, znalazły drogę do naszego domu podczas pierwszego lockdownu. Oczywiście od razu otrzymały całą uwagę oraz miłość, jaka jest tylko możliwa. Szczęśliwie mamy duży ogród do zabaw oraz wystarczająco miejsca na kanapach oraz fotelach, na których nasze „małe zoo” uwielbia odpoczywać.
Po całodniowych obowiązkach nadchodzi kolacja, mój ulubionych posiłek. Kilkakrotnie przygotowałam nam risotto: risotto allo zafferano oraz risotto grzybowe (zawsze się u nas znajdą suszone grzyby). Od pierwszego podejścia uwielbiam gotować risotto. Dla wielu osób wydaje się ono trudne, ale naprawdę, nie ma się czego bać. Moja mama usiadła w kuchni i podglądając robiła notatki. Dègustateur również się przyłączył do nas, okazyjnie mieszając risotto i polewając nam wino. Pojawiły się moje włoskie pulpety w sosie pomidorowym, i było ich bardzo dużo. Podzielone zostały zamrożone na smakowity obiad dla rodziców, kiedy tylko im przyjdzie na nie ochota. Dodatkowo przywiozłam kilka słoików toskańskiego sosu pomidorowego pomarola, który wystarczy wymieszać z makaronem ugotowanym w ostatniej chwili, znakomite danie na każdą porę dnia.
Było także ciasto jabłkowe, dwa razy. Od dłuższego już czasu chciałam upiec dobre ciasto jabłkowe, a przez dobre chcę powiedzieć mokre, miękkie i pełne owoców. Dokładnie jakie lubię.
Nigdy nie przepadałam za suchym, kruchym ciastem, lub tzw. crostata we Włoszech. Jedyna tarta-crostata jaka mi zasmakowała to orzechowo figowa, w Piemoncie, gastronomicznym niebie dla podniebienia.


Wychowałam się jedząc jabłka i brakuje mi ich we Włoszech. Praktycznie przestałam je tutaj jeść. Jakiś czas temu rozmawialiśmy właśnie o jabłkach z Leo, moim ulubionym sprzedawcą na rynku Sant’ Ambrogio. Większość odmian rozpoczęła zanikać wraz z wejściem międzynarodowych sieci spożywczych do Włoch, zmniejszając ilość ich odmian z wielu do kilku.
Zatem wykorzystałam ten czas i upiekłam nam ciasto jabłkowe w Polsce. Podążałam za przepisem Letitii Clark z książki „La Vita è Dolce” i ciasto okazało pełną delicją. Mój tato był akurat w domu kiedy wyjmowałam je z piekarnika. Pochłonęliśmy prawie całe ciasto nie pozostawiając mu szans na ostygnięcie. Jedyna moja modyfikacja w przepisie to ilość cukru i sposób wyrabiania ciasta, jak dla mnie nieco prostszy (przepis można znaleźć tutaj).
Czekoladowe i migdałowe cantucci, maczane w Vin Santo, okazały się wielkim sukcesem, a nawet triumfem, ku mojemu zaskoczeniu. Po podobno sytym risotto, każdy znalazł miejsce na cantucci, i to sporo miejsca. Nawet Dègustatuer, który we Florencji ich nie tykał, teraz nie mógł przestać się nimi zajadać. Najwidoczniej są takie rzadkie chwile w życiu, kiedy wszystko układa się w całość.
Po sierpniu przyszedł wrzesień, a wraz z nim pewne zmiany w moim życiu.
Gotowanie jedzenia i dzielenie się posiłkiem od zawsze było dla mnie sposobem na pokazanie troski oraz miłości. I nadal tak jest, ale ostatnimi czasy musiałam uświadomić sobie i nauczyć się gotować dla tylko jednej osoby, dla mnie. Coś, czego nie robiłam od wielu, wielu lat.
Hm, co tu zatem ugotować, kiedy nagle jesteś naprawdę sama? Kiedy masz nadzieję, aby to raczej gorzkie uczucie odeszło w nieznane jak najszybciej? Jak rozpocząć?
Ja rozpoczęłam od pobudzenia mojego prawie nieistniejącego apatytu od zjedzenia czegoś, co mogę jeść zawsze i na co zawsze mam ochotę: cornetto alla crema, włoski rogalik nadziany kremem budyniowym, jeszcze lepiej jak jest doprawiony wanilią. Jest to dla mnie balsam dla duszy i ciała.
Mój ostatnio ulubiony rogalik kupuję w Caffè Gilli, do której spaceruję rano bardzo elegancką Via Tornabuoni, a następnie skręcam na plac Piazza della Reppublica, na którym znajduje się kawiarnia Gilli. Nie mogę pominąć Forno Ghibellina w drodze na Marcato di Sant’Amrogio. Obsługa jest tam tak miła, że jak zabraknie mojego ulubionego cornetto, sprzedawczyni prosi o napełnienie pustego rogalika dla mnie kremem. To najlepsza rzecz jaka może być. Jakikolwiek przysmak z kremem budyniowym jest od razu wielką wygraną. Niekiedy w drodze powrotnej z rynku przynoszę ze sobą ulubione cornetto i delektuję się nim oraz dużą filiżanką kawy na tarasie. W miniony weekend nadzienie kremowe było tak szczere, że musiało chyba ważyć prawie kilogram. Z wielkim zadowoleniam pominęłam lunch.


Dość niedawno rozpoczęłam przeglądać książkę, którą przywiozłam ze sobą z Bolonii (upłynął już prawie rok, ah, czas jednak pędzi nieubłagalnie). Nie ma w niej żadnych zdjęć, jedynie opowieści i prawdziwe domowe przepisy. Natrafiłam na danie z kurczaka, w sam raz dla jednej osoby, dwóch osób czy też ośmiu. Może ono początkowo brzmieć banalnie proste, ale efekt końcowy jest bardzo satysfakcjonujący wraz z wydzielonymi podczas zapiekania sokami, które są tak bogate i pełne smaku, że mogłabym to danie przyrządzać jedynie dla nich (nie mogłoby się obyć bez chrupkiej bagietki do namaczania). Jedyne co będzie Ci potrzebne to: pierś kurczaka, gałka muszkatołowa, parmezan oraz kilka łyżek dobrego wywaru z kurczaka lub warzywnego. Potem cała magia odbywa się już w piekarniku.
Kolejny zaadaptowany przepis, który przyciągnął moją uwagę to tagliatelle (pasta jajeczna oczywiście) z sosem na bazie orzechów włoskich oraz suszonych borowików. Aby unieść nieco to danie i nadać mu świeżości, lubię wykańczać sosem odrobiną soku z cytryny oraz pachnącą świeżą pietruszką. Proporcje są wystarczająco hojne dla czterech osób (trzech jeżeli są bardzo głodne), ale sos bardzo dobrze przechowuję się w lodówce przez kilka dni. Przy daniu pochodzącym z regionu Emilia Romagna, na jego dopełnienie nie możemy zapomnieć o starciu dojrzałego parmesan.
Właśnie rozpoczęłam ponownie piec. Całe ciasto to jednak za dużo jak dla mnie, nawet jeśli jedzone przez kilka dni. Ale w odpowiedniej chwili pojawiło się w sam raz rozwiązanie: dzielenie się moimi dolci ze sprzedawcami na Marcato di Sant’Amrogio. Podczas moich lat w Rzymie częstowałam moimi wypiekami przyjaciół. Raffaella w szczególności była niezmiernie zadowolona, jako że jej syn, Pier, w okresie studenckim mógł zjeść dosłownie konia z kopytami.
Przyznajmy, mrożenie ciast ani tart nie jest jednak najsmaczniejszym rozwiązaniem.
Mój kolejny plan na wypieki to ciasto jabłkowe z Calvadosem (inne od tego co kiedyś piekłam z custard na bazie créme fraîche) oraz kranz/babkę z czekoladą i orzechami.
Prawdę mówiąc, delikatne ciasto drożdżowe na babkę właśnie wyrasta pod ciepłą pokrywą w momencie mojego pisania tych linii.
Nie mogę się już doczekać uciekającego z piekarnika zapachu pieczonego ciasta, na które przepisem, mam nadzieję, będę mogła podzielić się z Wami w krótce.

