Le Buchette del Vino oraz Biała Fasola na Trzy Sposoby

June 28, 2022

Czy Ty też masz takie odczucie, że najłatwiej przeoczyć rzeczy, które są wprost przed tobą? Kiedy znajdziesz się otoczona /y pięknem i osiągnięciami architektonicznymi włoskich miast, twoje oczy mogą się zagubić w historii i w wyśmienitości artystycznych szczegółów.

Le buchette del vino, „okienka do wina”, to osobliwość Florencji, która została później rozpowszechniona po innych zakątkach Toskanii. Są to wycięcia ulokowane w głównych fasadach pałaców renesansowych, o kształcie łuku. Znajdują się one na parterze, w pobliżu głównego wejścia lub tuż z boku. Okienka te mogą być również wycięte w drewnie, w ciężkich wysokich drzwiach wejściowych. Pomimo że, w większości przypadków, usytuowane są one na wysokości wzroku w pałacach renesansu, dumy miasta, najczęściej są one niedostrzegane, nawet przez najbardziej dociekliwe oko.

W chwili obecnej te okienka są już nieużywane, ale przez wieki potomkowie wielu prominentnych toskańskich rodzin sprzedawali przez te drzwiczki wino. Będąc bardziej dokładną, tylko wyznaczeni pracownicy asystowali przy bezpośredniej sprzedaży wina, która odbywała się w dokładnie wyznaczonych godzinach. Kupcy pukali w drzwiczki prosząc o wybrany rodzaj wina i jego ilość. Sprzedawca wówczas podawał pożądane wino przez właśnie „nasze buchette.” Tym sposobem płatność została uiszczona drogą bezpośrednią, od konsumenta do producenta.

Rozmiar buchette del vino nie jest przypadkowy. Okienka mają wymiary średnio 30×20 cm, dokładnie takie, aby zmieścić przez nie fiasco di vino, charakterystyczną i typową dla Toskanii szklaną butelkę, używaną tutaj nawet do niedawna.

Okienka do wina różnią się nieco swoim kształtem, stylem oraz materiałem, z którego zostało wykonane ich obramowanie, ale tylko wyłącznie ze względów estetycznych a nie funkcjonalnych. Idą one zgodnie w parze ze stylem danego pałacu. Możemy znaleźć buchette bardzo podobne do siebie, ale nigdy identyczne.

Le buchette del vino były bardzo inteligentnym i lukratywnym sposobem pozbycia się nadmiaru wyprodukowanego wina, wyłączając z transakcji pośrednika. Ta wyjątkowa forma sprzedaży osiągnęła swój szczyt pod koniec XVIII wieku. Kolejnym bardzo istotnym stymulantem do otwarcia kolejnych okienek była epidemia dżumy (1630-1633). Aby powstrzymać rozprzestrzenianie się zarazy i w ramach jej kontroli, został wprowadzony zakaz jakichkolwiek zgromadzeń, co stanowiło również zakaz spożycia jedzenia lub wypicia trunków na zewnątrz punktu sprzedaży. Jak tylko drzwi osterii i trattorii zostały zamknięte na na dość długi czas, jedyna metoda, która pozostała na zakup wina, to właśnie przez buchette del vino (w zgodzie z innymi oficjalnymi wytycznymi).

Le buchette w pełni zaprzestały swojej operacji w latach pięćdziesiątych XX wieku, ale w maju 2020 roku, podczas epidemii koronawirusa i pierwszego lockdownu, wiele okienek znalazło nowe życie, będąc perfekcyjnym rozwiązaniem, po raz kolejny, na unikanie zgromadzeń.

Faktem jest, że Il Bistrot Babae na Via Santo Spirito reaktywowało swoje okienko już latem 2019 roku, ale ta antyczna tradycja rozwinęła się tam dopiero w pełni podczas pandemii Covid-19, sprzedając spritz, wino, kawę oraz lody. Wydaje mi się, że obecnie, jest to jedyne okienko we Florencji, które nadal jest czynne. Inne miejsca również tymczasowo przywróciły swoje okienka do życia, jak np. La Gelateria Vivoli na Via Isola delle Stinche. Mieszkamy tuż obok tej lodziarni, jej okienko jest na pewno nieczynne, ale lody Vivoli uznawane są za najlepsze w mieście i na pewno warte spróbowania.

Kolejnym lokalnym specjałem i bardzo ważnym składnikiem w kuchni toskańskiej i florenckiej, wartym skosztowania, jest fasola. Toskańczycy naprawdę wiedzą jak ją gotować, powolnie na łagodnym ogniu, tak, aby była miękka w środku, nadal zachowywała swój kształt, i rozpływała się w ustach.

Jednym bardzo prostym sposobem jej przygotowania, to ugotowanie jej z czosnkiem oraz listkami szałwii, następnie należy ją doprawić solą i pieprzem, oraz hojnie skroplić oliwą tuż przed podaniem, najlepiej jeszcze ciepłą.

Sałatka z tuńczyka, białej fasoli oraz plasterków czerwonej cebuli, którą spróbowałam w Alla Vecchia Bettola kilka ładnych lat temu, jest tą sałatką, którą przyrządzam najczęściej. Skroplona jest ona oliwą i doprawiona dobrym octem z czerwonego wina, pieprzam i odrobiną soli. Podana z kawałkami chrupkiego chleba staje się wspaniałym i pożywnym posiłkiem samym w sobie. Delektuję się nią bardzo często gdy zostaję sama w domu na kilka dni. Jest ona szybka w przygotowaniu i niebywale smaczna, i ogromnie zachęcam do jej spróbowania.

Fagioli all’Uccelletta to biała fasola ugotowana w sosie z pomidorów, szałwii oraz czosnku. To sposób, który posmakowałam w miarę niedawno, i całkowicie zauroczyłam się pysznością tego dania. Oczywiście nie możemy zapomnieć tutaj o oliwie i doprawieniu solą oraz pieprzem.

To są bardzo tradycyjne i proste przepisy, doskonały przykład wspaniałego wykorzystania i bycia kreatywnym z kilkoma dostępnymi składnikami, sama kwintesencja włoskiego gotowania.


Tales of Pesto, a Weekend in Camogli and a Ligurian Dream

April 11, 2022

More than anything it’s a story about fragrant verdant pesto, some new local dishes and our ever growing love for Liguria. Before I move to that however, let me first take you a few months back.

The New Year has brought a few changes into our lives and routine. I almost feel like correcting myself here as somehow we don’t have a routine and perhaps these fairly unpredictable times and spontaneity in our lives can be called a routine of sorts?

So far our life in Italy has had to be divided between commitments in The UK and my home town in Poland. Currently we are very busy with that but happily busy at the same time, given the strange and difficult periods of lockdowns, which hopefully we can finally put behind us.
Since we moved to Italy we haven’t owned a car. We were renting one as needed or travelled by train or plane. And it has worked for us so far, until recently.

The reason behind not having a car was that when we lived in Rome we had all the amenities at our door steps making our lives and travels easy to manage. The limited traffic zone for the Tridente part of the Historic Centre of Rome, where we lived, as well as the availability of a parking space, or rather lack of it, was a problematic affair. In Venice, as you can imagine, there isn’t much car use, problem solved.

But now in Florence things have changed for us and we have organised ourselves with a permanent means of transport. We are now proudly independent and mobile, and take advantage of it when time allows, which means mostly at weekends.

We know Florence fairly well by now and it was high time to make the most of its „stratigic” positioning and start visiting parts of Italy north of Rome. First we went to Siena (more than once because we love it) and Bologna, by train for convenience. Next it was Lucca, Arezzo, Anghiari, Cortona to name but a few and the Tuscan coast for the seafood, and for the sheer pleasure of seeing this part of the world „crowded” with locals only. Weekends are tricky at this time (pre-Easter) of year and the reason behind it is that many restaurants outside major towns are still closed or open for weekends only, hence a lunch or dinner reservation is highly recommended, trust me on that one.

Very often we just set off for a day and the main activity evolves around lunch. A few weeks ago we went to La Spezia for a meal and after that we drove to Portovenere, which was as busy as ever. Tuscany and Liguria are neighbouring regions but it does feel like almost travelling to a different country, especially gastronomically.

I had booked us for lunch in La Spezia. The restaurant was unassuming from the outside but very elegant and traditional inside, with white table clothes, dark walls and furniture. A long running establishment that has seen many generations enjoying their meals at these premises. The food was a sheer delight. Sophisticated without being over the top, a fine balance which is most important. To my joy I finally had my first ever cappon magro. It’s a very elaborate traditional Ligurian dish, beautiful to see and eat, but it’s also time consuming to prepare.You will not find it in every Ligurian restaurant. It requires fresh fish, shellfish and seasonal vegetables like cauliflower, green beens, artichokes, carrots, broad beans and so forth. Every component is carefully cooked (separately) and then layered on a serving plate, starting with the vegetables first, resembling a pyramid. As you can imagine it’s quite a spectacular affair.
Since that moment we knew we had to go back to Liguria soon. So we did.

Liguria, a tiny narrow arc on the sea below Piedmont, stretching from the border with France to Tuscany. Liguria is all hills that rise up spectacularly from the sea into the high mountains of the Alps and the Apennines. Perched on the coast towns and fishing villages attract, dare I say, almost everyone with their cosy bays and pastel coloured buildings, which in the old days served to help the fishermen find their way home. It is such a lovely and romantic story behind these colourful palazzi, especially when they still form part of a working fishing village with the men folding their nets deftly after their morning’s catch.

Camogli is exactly all of the above. Charming, peaceful, colourful and with lots of working fishing boats. We went there (not for the first time) not so long ago, in mid march. Although the weather had just turned and the wind was a bit chilly and the sun shy, it was one of those kind of trips where I long to return as soon as I leave. It wasn’t just my feeling, the Dégustateur loved every minute and bite of it too. We started our weekend with snacking on soft focaccia and a whole baked fish with artichokes and potatoes, all accompanied by a generous glass of a crisp Pecorino wine. I still dream of that lunch. Dinner was also a delicious surprise. After portions of raw sweet langoustines and red prawns, unique to the deep Ligurian waters, I ordered chestnut trofie pasta with pesto, dotted with green beans and small cubes of potatoe. The Dégustatuer and I utterly enjoyed the combination of chestnut and basil, to the point that I bought myself e new pestle and mortar just for making pesto and trying out new recipes at home. Making a chestnut pasta at home is not what I was planning to do. Instead, I had little pillowy soft chestnut gnocchi in mind, to be tossed with freshly made pesto, an ode to spring.

Ligurians adore herbs but it’s the basil that is like a Ligurian flag to them. They grow basil in every available space: on little plots of land, in window boxes, vases or anywhere around the house. The basil, like all the herbs that grow in Liguria, is highly perfumed, and when crushed it releases such a wonderful scent, that it is worthwhile and most satisfying to use a mortar rather than a blender.

The secret of a beautifully aromatic pesto lies in the quality of the basil and the perfect sweet leaves to pick are the smallest ones. Make your pesto when the herb is plentiful, buy a few big pots (rather than little packets of leaves) and select the tastiest leaves. Make a larger quantity of it and keep it under oil in the fridge for a few months.

There are only six ingredients that make up pesto: nuts, garlic, salt, basil, olive oil and cheese. Some people use almonds or even walnuts, but I like to add ever so slightly toasted pine nuts. Then there is cheese. There are those who favour parmesan and those who opt for pecorino (from Sardegna!), or a concoction of both. It is truly a matter of a personal taste and fun to play with the ingredients. If using a mortar, there is a certain sequence to follow which makes the best creamy paste. First smash the garlic with the salt, next add the nuts and crush them, but be careful not to over work them. Next drop the basil leaves and work them as quickly as you can. Then add your cheese and finally the oil. Now you should have an imbued with a fresh green colour Ligurian pesto. If you can, buy a very delicate in flavour olive oil from The Riviera, which will not be overpowering the delicacy of the basil.

Surely there will be times when you will use a blender. In that case make sure that the blade is sharp turning very fast all the ingredients into a paste. Otherwise, under the generated heat, the leaves will loose their fresh colour and your pesto risks turning dull.

On this occasion I’m preparing my pesto with the pecorino Sardo and to celebrate the arrival of spring I’ll cook a minestrone soup (a delicate vegetable soup using seasonal ingredients) and once it’s served on the plates I’ll stir in some pesto. The released aromas are just tantalising and the minestrone boasts all things fresh, subtle and is just heaven to eat.

There are manifold ways of using pesto and another fabulous way to enjoy it during the forthcoming warmer days of spring is to make a tuna, pearl barley and pesto salad, dotted around with olives, preferably Ligurian, and the best possible tomatoes you can find in season.
Torte salate, savoury pies, are something you will always find in Liguria and they are just lovely.They are made either with swiss chard, spinach or borage, mixed with a local cheese and flavoured with herbs like oregano or marjoram. Whilst assembling the pie you could make a few wells, drop a cracked egg in each and bake everything in order to get an Easter Pie Torta Pasqualina. Sadly borage is almost impossible to find here in Florence limiting my culinary options. Having to choose I’ll almost always select swiss chard for the pie above spinach.

During our weekend in Camogli, on the Saturday morning we took a ferry to finally visit The Abbey of San Fruttuoso (as previously the sea was too unstable and ferries were cancelled), which can be reached only by the sea or by precarious hiking trails. A real gem and a very picturesque journey. Once we returned we ran for a decent portion of focaccia di Recco for lunch. We ate it sitting on the benches outside the bakery, joining everyone else. You see, this is not an ordinary focaccia or a pillowy bread. This focaccia consists of paper thin layers of dough with a soft cheese sandwiched in between and is sold warm. A pure joy, especially when eaten by the waterfront and kissed by the sun. Rather than trying to make a poor imitation of it at home I’d rather go back to Liguria and have it there. It’s one of those things that are hard to replicate without proper ovens.

But what I can do at home is to master sardenaira, a typical pizza of Sanremo. It actually looks more like a pillowy focaccia which can be very confusing. The pizza is rich with a tomato, caper, taggiasche olives and anchovy topping. We can’t forget about the ever present Ligurian herbs in this recipe, which I will be delighted to share with You once I’m fully happy wit it.


Smaki jesieni oraz mój ulubiony spacer we Florencji

October 29, 2021

Widok na Florencję podziwiany z Piazzale Michelangelo jest bez wątpienia najbardziej panoramiczny. Wystarczy się nieco wspiąć i już jest: rzeka Arno, Ponte Vecchio, słynne muzeum Uffizzi oraz architektura florencka w pełnej swojej okazałości. Duża część odwiedzających kieruje się na Plac Michała Anioła aby pozachwycać się zapierającym dech w piersiach wizerunkiem miasta. Być może pozostanie im trochę czasu na przystanek w tamtejszej kafejce i na zrobienie kilku zdjęć przed zejściem do tętniącego życiem historycznego centrum miasta lub odwiedzeniem (mam taką nadzieję) znajdującej się o kilka metrów dalej Bazyliki di San Miniato wraz z jej poetyckim cmentarzym.

Tuż po naszym przyjeździe do Florencji, drogę prowadzącą na Piazzale Michelangelo pokonaliśmy intuitycjnie, nie wiedząc, czego możemy się tam tak na prawdę spodziewać. Ten słynny punkt widokowy oglądaliśmy z naszego tarasu, powtarzając cały czas do siebie: to musi być ciekawe miejsce!

Widzisz, celowo przed naszą przeprowadzką nie wyszukiwałam żadnych informacji odnośnie: co zobaczyć i co robić we Florencji. Postanowiłam poznać i sama wydeptać moje ścieżki w Mieście Renesansu, bez przewodnika. I tak właśnie na samym początku znalazłam Gardino delle Rose. Wiem, że już niejednokrotnie wspominałam o fakcie mieszkania w prawie pozbawionych turystów Włoszech, w okresach lockdown. Cóż, Florencja przez pierwsze kilka tygodni nie była inna. W owym właśnie ogrodzie mogłam pobyć sama, i to przez dłuższą chwilę. Usiadłam na jednej z ławeczek i cieszyłam się spokojnym i niezakłóconym widokiem na Florencję. Był to koniec maja i róże nadal mieniły się nasyconymi kolorami swoich płatków. Ciepłe i parne powietrzne o zapachu powolnie nadchodzącej burzy było znakomitą wymówką, aby zatrzymać się w Ogrodzie Różanym jeszcze przez chwilę dłużej. Jednak wraz z przybyciem kilku vlogerów, chodząc mówiących do kamery, raczej obojętni na piękno chwili (każdy wie jak silne są obecnie media społecznościowe), czar prysł i jednoznacznie był to sygnał do opuszczenia ogrodu. Po mału weszłam wyżej po stromych schodach, bez zatrzymywania się na placu dedykowanym Michałowi Aniołowi, i skręcając w prawo udałam się do Bazyliki di San Miniato al Monte. Po lekkim ochłodzeniu się wewnątrz bazyliki, odwiedziłam cmentarz tuż za nią, a nazwanie go poetyckim to jest wręcz za mało. A może to była mieszanka odpowiedniej dawki słońca, ciężkiego powietrza oraz przyciemnionych i naznaczonych czasem pokaźnych grobowców rodzinnych. Odczucie będącej samej w tym miejscu było dość surrealistyczne, ale po kilku chwilach czytania imion oraz oglądania wyblakłych biało-czarnych fotografii, poczułam się jakby nieswojo.

Podczas spaceru do Giardino delle Rose, a z tamtąd do Bazyliki di San Miniato oraz Bazyliki San Salvatore al Monte, każdy zostaje już obdarowany imponującymi widokami na miasto. I to właśnie tutaj mój ulubiony spacer ma swój początek.

Jeżeli masz trochę wolnego czasu oraz wygodną parę butów do chodzenia, zamiast powrotu do centrum Florencji pójdź w przeciwnym kierunku, pozostawiając Piazzale Michelangelo oraz obie bazyliki za swoimi plecami. Przejdź przez ulicę i trzymaj się prawej strony, rozpoczynając tym samym piękny i uroczy spacer wzdłuż Viale Galileo. Będzie Ci przemykała panorama stopniowo zanikającej Florencji za nasyconymi zielenią parkami i ogrodami, z porozsiewanymi dookoła eleganckimi i charakterystycznymi willami.

Jak dojdziesz do poprzecznie przebiegającej Via di San Leonardo, możesz skręcić w lewo i spacerować wzdłuż jednych z najbardziej fortunnych domów Florencji w kierunku Largo Fermi. Dotarłszy do Cristo di Ottone Rosari możesz zawrócić i przejść ponownie przez Viale Galileo, aby kontynuować spacer po Via di San Leonardo, schodząc do Forte Belvedere. W między czasie miniesz po lewej stronie miejsce pobytu Tchaikovskiego, po prawej kościół San Leonardo in Arcetri oraz rząd majestatycznych, reprezentatywnych rezydencji florenckich. Jeżeli Ci się poszczęści i jedna z bram wjazdowych będzie otwarta, zatrzymaj się i naciesz oko okazałymi ogrodami oraz prywatnymi widokami. Niekiedy podczas spaceru tą właśnie uliczką zadaję sobie pytanie: jak to by było zamieszkać w jednym z tych domów i mieć ten widok na codzień? Ale po powrocie do domu mówię sobie: my też mamy wspaniały widok z tarasu.

Mijając Forte Belvedere i przechodząc pod Porta San Giorgio znajdziesz się na ulicy Costa San Giorgio, która doprowadzi cię do Ponte Vecchio. Ja jednak wolę skręcić przed Porta San Giorgio w prawo i i zejść stromą drogą wzdłuż drzew oliwnych, gdzie mój „pozamiejski” spacer się kończy.

Podczas jesiennych miesięcy wspomniana trasa po wzgórzach sprawia mi ogromną przyjemność, szczególnie gdy unoszące się ziemiste zapachy są bardziej zaakcentowane. Przeważnie przed dotarciem do Forte Belvedere już myślę o jedzeniu, smakach jesieni i co ugotować w domu. Jakakolwiek forma aktywności fizycznej budzi od razu we mnie apetyt. Wrzesień oraz październik to czas vendemmi, okres w którym florenckie piekarnie wypiekają schiacciatę all’uva. Jest to wspaniała i kreatywna forma wykorzystania winogron sadzonych do produkcji wina do upieczenia czegoś pysznego i niesamowicie sezonowego. Grona te są niewielkie, o grubszej skórce i bardzo ciemnym kolorze. Schiacciata all’uva to rodzaj słodkiego chleba, wypełnionego winogronami z kolejną warstwą winogron na wierzchu, nasączonego wydobywającymi się podczas pieczenia słodkimi sokami. Namiętnie polecam.

Obsesyjnie wręcz rozpoczęłam wypiekać schiacciatę jak tylko pojawiły się na rynku odpowiednie winogrona, aby znaleźć przepis, który mi najbardziej odpowiada. Nie powinna ona być za cienka, ale też nie za gruba, z hojną ilością winogron i lśniącymi rubinowo czerwonymi, słodkimi sokami dookoła, którymi należy ją polać przed podaniem.

Ku mojej wielkiej uciesze właśnie rozpoczął się sezon na karczochy. Po chwilowej refleksji mogę stwierdzić, że jest to moje ulubione warzywo. Nie jest ono najłatwiejsze w oczyszczeniu ale za to wynagradza wszechstronnością i uzależniającym smakiem. W jednej z florenckich trattorii niedawno posmakowałam tortino di carciofi (carciofo to karczoch). Tak na prawdę jest to frittata, którą florentczycy zwą tortino, w ramach małej dezorientacji dla nowo-przyjezdnych. Aby przygotować to danie w domu potrzebne Ci będą jajka, ugotowane karczochy oraz cytryna, której sok tutaj jest niezbędny. Nie zniechęcaj się wzmianką o już ugotowanych karczochach, jest to bardzo proste w przygotowaniu. Oczyszczone karczochy należy pokroić wzdłuż na połowę lub ćwiartki. Następnie podsmażyć z czosnkiem na oliwie i maśle, podlać białym winem i wywarem warzywnym. Na koniec dodać trochę pietruszki i gotować pod przykryciem, aż warzywa będą miękkie. W chwili obecnej kupuję karczochy pochodzące z Sardynii. Różnią się one smakiem oraz wielkością od tych, do których przyzwyczaiłam się w Rzymie oraz Wenecji. Do mojej frittaty wykorzystuję trzy karczochy, jest to wystarczająca ilość na antipasto dla dwóch a nawet czterech osób, w zależności od apetytu. Teraz jedyne co pozostaje to podsmażenie karczochów z rozkłóconymi jajkami, aż te się zetną. Dopraw solą, pieprzem oraz sokiem z cytryny. Cienkie plastry parmezanu oraz listki pietruszki wspaniale wzbogacą danie.

Ponownie nawiązując do włoskich słodkości, znane już na każdym skrawku świata tiramisu, ma oczywiście swoją wariację i w Toskanii. Wyobraź sobie ciasteczka cantucci oraz wino deserowe Vin Santo zamiast tradycyjnych savoiardi oraz kawy. Dekadencko kremowy deser dla dorosłych podany w delikatnych filiżankach. Tiramisu al Vin Santo szybko stało ulubioną wersją Dégustatura, tak jak i stało się moją. Buon appetito xx


Jeszcze nie za wiele florenckich smaków w naszym nowym domu we Florencji

October 2, 2021

Niezapowiedziany ciąg wydarzeń sprawił, że Florencja stała się naszym nowym domem. Idea zamieszkanie tutaj, nawet na krótki okres czasu, nigdy nie pojawiła się w naszych planach. Pomimo, że zawsze chciałam poznać bliżej to miasto sztuki (krótkie wizyty w przeszłości się nie liczą), realna przeprowadzka tutaj nie przeszła mi nawet przez myśl.

Kryjąca się prawda za tą nieprzewidzianą przygodą i pożegnaniem Wenecji leży w gościnności, a raczej jej braku, jaką Wenecja okazuje nowym potencjalnym rezydentom.
Stale malejąca liczba mieszkańców (stałych rezydentów a nie tych pomieszkujących przez kilka miesięcy rocznie) jest gorącym tematem. W mieście zdominowanym przez kilkudniowe wakacyjne wynajmy wszelakiego rodzaju (od mikroskopijnych mieszkań do wspaniałych pałaców) oraz sektor usług, prawdopodobieństwo zmiany tego trendu jest znikome. Jak to lubi ujmować Dégustateur: „jest to szczelnie zamknięty sklep” a przyczyna choroby leży wewnątrz tzn. większość narzekających na ilość i jakość turystów od lat zajmuje się krótkoterminowym wynajmem nieruchomości, właśnie turystom. Są to aspekty, które miały wpływ na naszą decyzję. Fundamentalny problem z naszym domem (palazzetto), który ujawnił się po pierwszej nocy, został całkowicie zignorowany, przez wiele miesięcy (skracając całą historię). Ale ponad wszystko, arogancja oraz oferowanie produktu o niższej jakości było tym, czego nie zgodziliśmy się tolerować.

Wyjechaliśmy z walizką pełną wspaniałych chwil ale również z pewnym niesmakiem. Jednak to niefortunne doświadczenie w żadnym wypadku nie zniechęci nas od ponownego odwiedzenia Wenecji. Prawdę powiedziawszy, już nie mogę się doczekać kiedy tam wrócę. Jest tyle rzeczy, za którymi głęboko tęsknię. Ciekawym dla nas będzie ponowne zobaczenie pełnej turystów laguny, ale co ważniejsze, zaobserwowanie jak się z tym będziemy czuli. Widzisz, nasz rok w Wenecji był nieoczekiwanie wyjątkowy. W dzień naszego przyjazdu zostały zdjęte ostatnie obostrzenia związane z pierwszym lockdown, a po zaledwie kilku miesiącach, znaleźliśmy się w kolejnym, już o wiele dłuższym, lockdownie. Co oznaczało prawie kompletny brak turystów przez cały czas. Móc mieć Wenecję „dla siebie” było magicznym i jedynym w swoim rodzaju przeżyciem. Przeżyciem, które już nigdy się nie powtórzy.

Naszym zamiarem było pozostać w Wenecji przez półtora roku – dwa lata (w domu, który znaleźliśmy), a następnie może nawet nigdy nie opuścić tego miasta. Lecz po podsumowaniu kilku aspektów, podjęliśmy decyzję. Nie pozostało nam dużo czasu na znalezienie nowego domu (zakaz poruszania się pomiędzy regionami trwał prawie do końca naszego pobytu). Myśleliśmy, że udało nam się coś znaleźć po trzech dniach oglądania mieszkań, ale niestety powróciliśmy do punktu wyjścia. Ponieważ nasz zegar w Wenecji tykał coraz szybciej, wykonaliśmy telefon do agenta nieruchomości we Florencji, z którym nawiązaliśmy owocny kontakt z czystej ciekawości (mojej) podczas minionej zimy. Wymieniliśmy z Dégustateur spojrzenia i powiedzieliśmy: Florencja może być ciekawa!

Nie wiedzieliśmy czego oczekiwać a poza tym, to będzie coś na krótko, mniej więcej pół roku.
Tak, teraz już mogę potwierdzić, że nasz pobyt w mieście renesansu, rzemiosła oraz perfumiarzy będzie trochę dłuższy niż sześć miesięcy.

Jesteśmy zadowoleni z mieszkania, miej na uwadze, że wynajęliśmy je bez wcześniejszego oglądania, zatem należy zawsze zostawić trochę wolnego miejsca na kompromis. Gwiazdą naszego nowego zaadoptowanego domu jest taras na ostatnim piętrze, z którego cieszymy się widokami na Kopułę Filippo Brunelleschiego oraz wieżę Palazzo Vecchio w całej swojej okazałości z jednej strony oraz na Bazylikę Santa Croce wraz tuż za nią Bazylikę San Miniato al Monte z drugiej. Pomiędzy rozciąga się pas wzgórz, co wyzwala w nas uczucie, jakbyśmy wcale nie mieszkali w centrum mist.

Przenosząc się do zdominowanej przez carnivores Florencji zostaliśmy bardzo przyjemnie i pozytywnie zaskoczeni tutejszymi restauracjami. Nie tylko jedzeniem, które jest wyśmienite a oprócz la bistecca wybór jest bardzo różnorodny, ale obsługą oraz gościnnością. Nawet podczas naszych pierwszych posiłków w nowym dla nas mieście nie byliśmy potraktowani jak kolejni turyści, którzy zapewne nigdy nie powrócą. Od razu nasze twarze zostały zapamiętane i ciepło przyjęte po powrocie. Florencja obecnie jest miastem ponownie tętniącym życiem i z ciekawością obserwujemy te subtelne różnice we włoskich miastach sztuki.

Pierwszy tydzień pozostawiliśmy naszej intuicji odnośnie tego gdzie zjeść. Oprócz jednego wyjątku, trattorii zaraz za starymi murami miasta, o której dowiedzieliśmy się od bliskich znajomych około ośmiu lat temu. Miejsce to jest nadal fantastyczne i nie uległo zmianom.
Większość kolacji jakkolwiek (obiady są proste i szybkie, adekwatne do florenckiej letniej gorączki) jadamy na naszym tarasie. Są to długie, przyjemne, ciepłe (sporadycznie duszne i parne, jednak o wiele mniej jak w Wenecji) wieczory, nas dwoje cieszący się wzajemnym towarzystwem, rozmawiający o wszystkim i o niczym w bajecznym położeniu.

Moje gotowanie w ostatnich miesiącach przybrało dość nieuporządkowane oblicze. Mieszanka dań, których nie gotowałam przez długi już czas lub te, na które mieliśmy szczególną ochotę przeplatane nowymi pozycjami. Nowe dania to z kolei głównie te, które czekały na swój moment naznaczone w książkach „do zrobienia”, a ich czas właśnie nadszedł.

Nie zdążyliśmy jeszcze w pełni pogrążyć się w degustacji lokalnych win Chianti, ale na pewno do kolejnych Galaretek z Czerwonego Wina sięgnę po szczep Sangiovese zamiast Cabernet Sauvignon. Już w tej chwili myślę o Świętach, nigdy za wcześnie. Torta Tenerina, miękkie, prawie bezmączne ciasto czekoladowe może być zawsze upieczone bez czereśni (jak jest to podane w przepisie) i dla odmiany doprawione brandy.

Na rynku Mercato di Sant’Ambrogio bardzo często kupuję chleb z nasionami kopru włoskiego i rodzynkami. Tak bardzo przypadło mi do gustu to połączenie smakowe, że jednego poranka powstała Babka Jogurtowa z Nasionami Kopru Włoskiego, Suszonymi Figami oraz Cytrynowym Lukrem. W sam raz na każdą porę dnia.

Kiedy przyjeżdżamy do naszego polskiego domu, moja mama gotuje dla nas. Nigdy nie odebrałabym jej tej przyjemności. A na mnie w szczególności czeka zawsze nadal ciepła drożdżówka z wiśniami (moimi ulubionymi) lub śliwkami, lekko posypana kruszonką. We Włoszech wiśnie są nie do zdobycia. Zatem moje domowe ciasto drożdżowe na jogurcie przeważnie piekę z morelami lub śliwkami, wzbogacone lawendą, która rośnie na naszym tarasie.

Po kilkuletniej przerwie w podróżach na Sycylię (z powodu covid) pojawiło się u nas na kolację Pesto Trapanese. Świeże pesto na bazie pomidorów, migdałów oraz bazylii (lub mięty, warte wypróbowania) wymieszane z makaronem, a po nim Gelo di Limone. Gelo jest to orzeźwiajacy sycylijski przysmak (spokrewniony z naszym kisielem) o fantazyjnych formach i o różnych smakach: pomarańczowym, jaśminowym, smaku słodkiego arbuza i wielu innych. Sycylia to dla mnie kwintesencja niezapomnianej kreatywności smaków. Cały sekret polega tutaj na pozostawieniu startej skórki cytryny na noc w wodzie, która z kolei ma wchłonąć aromat cytryny. Nie muszę chyba wspominać o tym, że najlepiej użyć najlepszych i najbardziej pachnących cytryn jakie tylko można znaleźć. Namiętnie polecam. Nadal marząc o Sycylii, z przyjemnością dzielę się przepisem na Kuleczki z Ricotty, Marsali oraz Gorzkiego Kakao, które zupełnie skradły nasze podniebienie i często je przygotowuję. Szczególnie ostatnio, ponieważ za sprawą bursztynowego wina marsala, smakują one dla mnie jak ciepły wieczór późnego lata.

W moim repertoire pojawia się od zawsze ryba pieczona w soli. Bardzo prosty sposób na rybę ale bardzo pyszny, tym bardziej gdy możemy kupić ryby z wolnego połowu. Malutkie kalmary w sosie z kaparami i oliwkami to danie, które pojawiało się często na naszym stole w Wenecji. Tęskno mi za tym targiem rybnym przy Ponte Rialto. We Florencji wybór ryb i owoców morza jest o wiele skromniejszy, co wiąże się z ograniczonym polem do działania dla mniej w tej dziedzinie. Ale znaleźliśmy enotekę serwującą ostrygi i szampana, uwielbiam ją.

Podczas sezonu na dojrzałe słodkie pomidory w Toskanii pojawia się Papa al Pomodoro, gęsta zupa z pomidorów, chleba i bazylii. Esencja prostoty i kreatywności kuchni biednej, wykorzystującej tylko dostępne, sezonowe produkty. Nie można tutaj przecenić wartości dobrego chleba, dobrego chleba na zakwasie mówiąc dokładniej. Hojne skroplenie zupy oliwą tuż przed podaniem spaja wszystkie smaki w całość.

Groszek alla Fiorentina wpasuje się znakomicie jako przystawka do pieczonego kurczaka.
W najbliższym okresie będę musiała pomóc sobie mrożonym groszkiem, do wiosny jest zbyt daleko. Inne toskańskie przysmaki, które najbardziej mi smakują podczas jesiennych oraz zimowych miesięcy, to crostini. Już nie mogę się doczekać Crostini z Wątróbką oraz Vin Santo a po nich Duszona Wołowina w Chianti Classico, sama uczta. Dégustatuer właśnie wyjechał na kilka dni, a na jego powitanie chodzi mi po głowie trio z crostini i do tego butelka wyśmienitego wina, które kupiliśmy we wiosce Castellina in Chianti. Crostini to nic innego jak kromki chrupkiego chleba, najlepiej jak są do tego podgrzane w piekarniku. Pojawią się zatem kromki wątróbką oraz z musem z mortadelli, gdzie muszę jeszcze zadecydować nad wersją z ricottą czy też bez. Do tego wypróbuję nowy przepis na cytrynowy krem z fasoli, a na werdykt muszę poczekać, aż wróci Dégustateur. Jedliśmy go w jednej z tutejszych restauracji i bardzo nam zasmakował. Jeżeli najdzie Cię ochota na wypróbowanie tych oto crostni, zabaw się również z chlebem. Jeżeli to możliwe postaraj się o chleb z oliwkami, orzechami lub rodzynkami.

Temperatury po mału stają się lżejsze i przyjemniejsze, a słońce delikatniejsze. Popołudniowe godziny stały się odpowiednie na długie przechadzki. Spacer do nieco wzniesionego Piazzale Michelangelo a z tamtąd dalsza trasa umożliwiająca podziwianie Florencji ze wzgórza oraz szereg eleganckich willi to jedna z moich ulubionych, z którą niebawem chętnie się tutaj podzielę.


Where to eat in Venice, a personal guide to some of my favourite places

August 5, 2021

Our initial plans for our life in this magical city went far beyond a year. Plans in life change however, and unforeseen circumstances appear. All of which is part of our lives making it more interesting, as some people might say.

We have just settled and almost fully unpacked in Florence and we are enjoying it a lot. A new Italian city for us to get to know as well as it’s culture, flavours and a wonderful culinary scene.

But despite the above I still would like to share with you some of my favourite places in Venice, a little taste of this truly unique city. Places that we already knew from our travels and some new jewels that we frequented during this unforgettable year, all of which we are looking forward to visiting again in the near future. I hope that they will make into your list too.

I will start this culinary journey from the Sestiere Dorsoduro. Not only because it’s where we lived but it truly is a little hub of the Venetian food scene.

Pasticceria Dal Nono Colossi

Focaccia Veneziana, a traditional Venetian delicacy is a must try.
It is similar to panettone but without the candied peel or sugared almonds. Instead it is decorated with nothing else than a sugar crust. The velvety soft dough delicately smells of citrus zest and the delicious effort involved in making it.

And once you’ve tasted the thin and delicate Venetian biscuits called baicoli, you will find that they are second to none.

Pasticceria Tonolo

Perhaps the most famous pasticceria in Venice and it truly is an amazing place. You can literally loose yourself in the vast array of choice between warm breakfast delicacies (raspberry crumble and chocolate focaccine being my favourite) and small portions of Italian dolci like tiramusu of course, zeppole with four different kinds of filling, babà soaked in rhum and many, many more.

You will enjoy the coffee in signature blue cups too.

Pasticceria Toletta

You will find it wandering along the route between Campo San Barnaba and Ponte dell’Accademia. Right in front of a local school it turns very busy when the classes end and the children run to devour their favourite sweets before making their way back home.
Zeppole with a marsala filling have always been my favourite here, followed by strudel, best eaten still warm.

Bar Canton in Campo San Barnaba for tramezzini

In this unassuming little bar with a much larger outdoor space I’ve found one of the best tramezzini in Venice. Tremezzini are little triangle shaped sandwiches with a copious amount of filling, a staple and just another must try in Venice. In contrast to many other bars, here they are always fresh and don’t have a chance to turn soggy as they tend to sell out pretty fast, mostly by lunch time.

Osteria ai Pugni

It immediately became our „local” place, either for a snack, aperitivio or even a bottle of wine. This is one of the places where the locals go but I can assure you that the tourists receive the same attention. You can’t miss it, it’s right next to the fruit and vegetable barge at the foot of the Ponte dei Pugni.

Gelateria Nico

Situated in Fondamenta Zattere al Ponte Longo with tables facing the open waters of Giudecca Canal it offers one the prettiest spots in Venice and an unforgettable experience of enjoying a good gelato. It’s most requested speciality is „Giuanduiotto”, a portion of a gianduia ice cream covered with whipped cream. There are other flavours to choose from of course, but this place with it’s strategically positioned tables that are bathed in sunshine for almost the whole day is a great place just for a coffee or a Spritz. Being away from the San Marco area, you will be positively surprised with the pricing.

Hotel Experimental

For an aperitvo or meal with wonderful views of Giudecca. I actually particularly enjoyed it’s garden overlooking a dreamy and peaceful canal. During the prime season I’d advise to book a table.

Osteria Da Codroma

A historic place amongst a vast array of Venetian trattorias. Opened in 1896 it doesn’t seem to have changed much. The renovation of this eatery has been done very carefully and with a special attention of retaining it’s original features like wooden panels, floor and the bar counter.
Stop here for a traditional Venetian meal or at least for a few cichetti and a Spritz enjoyed along a canal.

Ai Gondolieri

A very charming and elegant restaurant a few steps away from the Salute Church and the Peggy Guggenheim museum.
It’s menu is based on the Venitian tradition but leaning towards the meaty side of it, accompanied by vegetables from the Sant’ Erasmo island, the orchard of Venice.
It’s is slightly more expensive but so worth it.

Cantinone del Vino già Schiavi

An iconic enoteca with it’s walls filled top to bottom with wine bottles and a generous display of cichetti.
It is extremely popular with locals, students and tourists and it’s a must stop for a plate of it’s famous cichetti accompanied by a glass of Prosecco, or any other local wine served by the glass.
If the weather allows, you will se a large crowd enjoying a convivial drink along a canal, moments away from the Academia Bridge.

Estro

A contemporary Venetian cuisine with a well curated natural wine list and display, served in a very cosy, professional and friendly environment. The restaurant is fairly small and I highly recommend making a reservation.

Sestiere San Polo

Antica Birraria la Corte

Campo San Polo is the second largest campo in Venice after the Piazza San Marco. The tucked away Birraria with it’s neat outdoor tables can be very often easily missed, especially when following the tourist thoroughfare rout.

It is a pizzeria and a restaurant, a reference point among the residents.
The local ingredients and tradition based menu is very versatile, seasonal and never disappoints.

The wood fired oven baked pizza is truly wonderful, thin, crisp and the toppings are of an amazing quality. In case you can’t get an outdoor table the inside courtyard is equally charming, if not better.

Pasticceria Rizzardini

The oldest pasticceria in Venice making a part of it’s history. It has been baking dolci since 1742 and they are truly exquisite.
Very often I would stop here for a cappuccino and something sweet for breakfast whilst on my way to Rialto Market, and it’s tiramisu is to die for. The premises are very cosy and small (15m2), also closed every Tuesday.

Antiche Carampane

You can really feel the passion for the traditional Venetian cuisine here.
Perhaps it’s clear message: „No Pizza, No Lasagne, No Menù Turistico” doesn’t need an introduction anymore.

The menù evolves around fresh fish (but not only) and seasonal vegetables chosen from the nearby Rialto Market. The restaurant doesn’t compromise on food and has built a very strong clientele over the years, hence it is best to book a table well in advance.

Centred around Rialto Market bacari that can’t be missed:

All’Arco, Cantina do Mori, Cantone do Spade, Al Mercà.

All of the above have a slightly different atmosphere and a selection of cichetti.
What they have all in common is a convivial, happy and welcoming atmosphere as well as sharing delicious little snacks that Venice is famous for. They are all well known stops in Venetian guidebooks, but they are still the best places to experience a quintessential Venetian food tradition for a midday snack.

Sestiere Santa Croce

Enoteca Al Prosecco is a perfect example of the essence of the Italian simplicity and sophistication whilst making the most of the ingredients.
At Al Prosecco you will find that the delicacy, flavour, attention to detail and just love for food is transmitted into every single dish or a sandwich.

Here you can enjoy chichetti, little sandwiches or sit down to a proper lunch. Just ask what can you eat and you will be given a choice of what is made on the day. I was very fond of the thinly sliced angus beef platter decorated with a delicious selection of grilled (then kept in olive oil) and fresh vegetables. But the fantasy of this family run place goes far beyond than this. Something not so easily found in Venice.

Enjoy your food with a vast selection of mainly organic and biodynamic wines whilst watching the world go by at Campo San Giacomo da l’Orio.

And perhaps after a lunch at „Al Prosecco” stop for an artisan ice cream at the Gelato di Natura, literally two steps away. All flavours are sublime and my favourite one is walnut and fig.

Osteria La Zucca boasts an incredibly cosy setting by one of the quiet Venetian canals. The dishes served are an ode to the seasonal flavours of locally grown vegetables, with a creative touch to it. This by no means implies that the restaurant is vegetarian and on the menu you can find lamb, rabbit or chicken.

I particularly enjoy it’s atmosphere during autumnal and wintery months, but there are outdoor tables as well should you visit over the warm sunny days.

Sestiere Canareggio

Pasticceria Dal Mas

When crossing the bridge Ponte degli Scalzi from the sestiere Santa Croce you will set foot in the sestiere Cannareggio. I crossed this bridge on numerous occasions walking from Dorsoduro to Pasticceria Dal Mas in order to pick up something sweet for breakfast. This pastry shop, among many others, stays invariably true to the tradition and the passion for good things that is felt at it’s door step. You could be overwhelmed by the choice but I have developed a soft spot for the marzipan Kranz.

Fondamenta della Misericordia along with Fondamenta degli Ormesini is a very lively part of Cannareggio. Just walk along Rio della Misericordia and you will stumble upon countless bars and restaurants. You will be literally spoilt for choice. Most of the places have a rustic feel to them making the area more casual and convivial. It is a very busy part of Venice (residents, students and tourists) so it wouldn’t harm to make a reservation.

Try Vino Vero for a great choice of wines and some cichetti (crostini), bookshop Sullaluna where you can enjoy tea or coffee with something sweet to go with it. Il Paradiso Perduto is a real fun and bustling place. It’s brimming (Packed) with locals but tourists are well looked after too. Try the mixed antipasti platter, bare in mind that the portions are very generous. For a fancier experience try the very elegant Osteria da Rioba.

Osteria ai Quaranta Ladroni

Slightly hidden in the depths of Canareggio, situated on a canal parallel to Rio della Misericordia. Very welcoming atmosphere offering a vast choice of fish and seafood dishes with big flavours.

We were eating here very often during the lockdown period (where opening times were limited) and the place had a truly fun and local vibe, something amazing to have been able to see.
This is my favourite place for gnocchi with granzeola (local spider crab), a staple dish in Venice.

Osteria Ca’ d’oro Alla Vedova

Hidden in a dark alley lies one of the best known Venetian osteria known not only by the locals but also international visitors. A bacaro where you stop either to sit down to a proper meal or to snack on the legendary warm deep fried meat balls. Lovely and crisp from the outside and delightfully soft from the inside. Worth giving it a try.

Sestiere Castello

Osteria Alle Testiere

Humble, little and unassuming premises but wait until you try the food. It offers one of the best (food) experiences to be found in Venice. Here the menu is created daily according to what looks appealing and what is available at the market that morning. It’s hard to believe that such a small kitchen and team can happily feed so many hungry faces. I was beguiled by Alle Testiere and what I particularly enjoy is the use of spices in it’s dishes, a legacy of Venice’s history as a merchant city at the top of the Spice Route. No wonder why it is claimed to have been able to capture the culinary heart of the city. Book your table well in advance and check for the opening/ holiday period.

Corte Sconta in other words „hidden courtyard”, which is exactly what you can expect.

What you can also expect is a sophisticated Venetian cooking attracting the residents as well as the international crowd but yet the atmosphere is very relaxed and serene. Walking around sleepy alleys of Castello trying to find the restaurant is a pure joy.

Salvmeria, a contemporary bacaro in via Garibaldi, situated just a few steps away from the Biennale Gardens. Apart from delightful cichetti you can order beautifully decorated cheese or ham boards, a plate of fresh pasta, prawns in saor, parmigiana di melanzane, grilled octopus and many more. The dishes on the menu vary according to the morning shopping.

The wine and beer list is very well curated which always adds to the experience.

The islands

If you have the time to explore the islands I strongly encourage you to do so.
Each has it’s own character: Murano is known for it’s glass making and Burano is dotted with colourfully painted houses. Torcello is very peaceful with just a handful of residents but has a quite strongly developed food scene, especially for such a small island. Visit Locanda Cipriani (Ernest Hemingway used to stay there) for a picturesque setting in the gardens during summer or a cosy meal by a fire during colder months.

Try Al Gatto Nero and Da Romano, both seafood establishments on Burano island. If you like risotto then Risotto ai Gò is a must have.
Making it’s own wine Venissa on Mazzorbo offers an idyllic, peaceful and a lovely setting for a meal, overlooking the garden and vineyard. There is a more casual contemporary osteria and the gourmet Venissa Restaurant to choose from.

I have so many fond memories of Osteria Ae Botti on Giudecca. Elegant inside, lovely tables with white linen outside, overlooking Venice. The food is wonderful, traditional but you can find a modern twist here and there, especially in a raw seafood platter. It is also a place where the locals go, either to sit down to a proper meal or for a tramezzino paired with glass of prosecco or Spritz. It’s where we had our last dinner before we left Venice, sitting by the open water of Giudecca Canal devouring moecche, a local soft shell crab, served on creamy warm polenta and sipping Lambrusco.


Rzeczy najprostsze są często najbardziej wyśmienite

April 27, 2021

Nareszcie spadł deszcz. A przez deszcz mam na myśli nieprzerwane opady trwające nawet kilka dni. Ten bardzo oczekiwany moment w końcu nadszedł.

Zapewne się teraz zastanawiasz, dlaczego tak bardzo lubię wilgotną deszczową pogodę. Tu wcale nie chodzi o deszcz sam w sobie lecz o zmieniającą się pogodę wraz z mijającymi porami roku.

Widzisz, urodziłam się i dorastałam w Polsce, gdzie żyłam zgodnie ze zmieniającymi się porami roku. Zapach młodej trawy, pierwsze przebiśniegi a po nich słoneczne żonkile, jasne kwiaty wiśni oraz świeże powietrze lasu ze swoim wachlarzem ziemistych nut, którym przygrywają odgłosy ptaków oraz zwierzyny leśnej. To dla mnie jest właśnie wiosna. Za czym również tęsknię to Polska Złota Jesień. Ciepłe jesienne miesiące ozdobione stopniowo opadającymi liśćmi, które przybierają szeroką gamę żółtych, pomarańczowych i czerwonych barw. Mogę już teraz wyobrazić sobie spacer wzdłuż majestatycznych alejek czując na sobie ciepłe złote promienie słońca, po mału gasnące ku końcowi dnia. Po jesieni nadchodzi zima, najbardziej piękna oraz zapadająca w pamięci jeżeli okryta całunem płatków śniegu. Cały krajobraz rozpoczyna nagle przypominać baśniowy i prawie surrealny obraz marzeń.

Dotychczas doświadczyłam śniegu tylko raz we Włoszech, mieszkając jeszcze w Rzymie. To było z samego rana, w pośpiechu wyskoczyliśmy z łóżka, ubraliśmy się i powędrowaliśmy z Piazza del Popolo w kierunku Piazza di Spagna, pozostawiając za sobą pierwsze ślady na nienaruszonym śniegu. Następnie przechadzaliśmy się po poprzecznie biegnących uliczkach, starając nacieszyć się momentem typu Narnia wiedząc, że ta urocza atmosfera nie potrwa długo przy rosnących temperaturach.

Poza (głównie) nagłymi i krótko trwającymi ulewami, w Rzymie padało bardzo mało. Przechodziliśmy przez długie okresy nieskazitelnie błękitnego nieba i wysokich letnich temperatur, gdzie nawet najbardziej odporna roślinność stała się żółta i następnie wyschła. Zatem stąd bierze się moja nostalgia i wewnętrzne pragnienie przeżycia sztormów, błyskawic i całej aury otaczającej życie nad otwartą wodą. Jeżeli przeczytałaś /przeczytałeś jakikolwiek mój wpis odnoszący się do Wenecji, zauważysz, że dla mnie La Serenissima jest najpiękniejsza, atmosferyczna i majestatyczna podczas chłodnych i otulonych mgłą zimowych dni.

W drugim deszczowym dniu usiadłam przy stole znajdującym się przy wysokich gotyckich oknach z widokiem na nasz kanał i zdecydowałam aby napisać kilka słów oraz podzielić się moimi ostatnimi przygodami kulinarnymi. W chwili obecnej kolejnego lockdownu restauracje otwarte są jedynie z ofertą jedzeniem na wynos. Tak jak uwielbiam krzątanie się w mojej ulubionej przestrzeni tzn. kuchni i używanie prawie wszystkich patelni jakie posiadam, rozpoczęłam przygotowywać prostsze jednogarnkowe dania, które łatwo odgrzać następnego dnia lub te dania, które wymagają jedynie połączenia składników i ich przemieszania. Do tego znalazłam idealną formułę na przerwanie codziennego domowego rytuału gotowania. Dwa razy w tygodniu bierzemy posiłki na wynos. Jest kebab, na którego zawsze mamy ochotę, oraz kuchnia japońska z restauracji, która jest wyśmienita i praktycznie „pod domem”.

Ostatnio gotowałam dużo potraw, które są ze mną od zawsze i dostarczają nam ogromną przyjemność, ale „wyczarowywałam” także wiele innych, prostych, pełnych smaku oraz pysznych potraw będących wręcz balsamem dla duszy. Jest to stanowczy dowód na to, że jeżeli mowa o jedzeniu, często najprostsze rzeczy są najbardziej wyśmienite. Włochy oczywiście nie są wyjątkiem od tej reguły. Regionalna kuchnia włoska jest wręcz celebracją (ucztą) prostoty. Wiele moich ostatnich kulinarnych przygód było podyktowane lokalnymi produktami, pogodą, restauracjami, w których jadłam, artykułami oraz książkami, które niedawno przeczytałam czy też programami gastronomicznymi, które obejrzałam. Rozgrzewające i syte dania (powszechnie już znane jako comfort food) takie jak: zapiekane ziemniaki przekładanie porem i parmezanem; gratin z gryczanego makaronu z boćwiną oraz serem Toma; różne gatunki mięsa wolno gotowane w sosie pomidorowym z jagodami jałowca; owoce morza oraz wybrane pokrojone ryby w sosie pomidorowym, wzbogaconym nasionami kopru rzymskiego pochodzą z programów kulinarnych telewizji BBC z udziałem Antonio Carluccio (który niestety już nie jest wśród nas). Programy te nie były mi obce, ale z całą szczerością przyznaję, że oglądając je ponownie po latach mieszkania we Włoszech bardziej je doceniam oraz wyraźniej rozumiem ich przesłanie.

Tuż przed lockdown odwiedzaliśmy często wyspę Giudecca. Przez przypadek, jak to często bywa, natknęliśmy się ns naszą obecnie ulubioną osterię. Mieliśmy zatrzymać się jedynie na aperitivo ale po chwili poprosiliśmy o talerz makaronu, jako że od razu staliśmy się głodni. Zarezerwowaliśmy stolik na niedzielny obiad, oraz na kolejny obiad i tak dalej. Tylko lokalna kuchnia we wspaniałym wydaniu, niezwykle przyjemna, luźna atmosfera wprowadzona przez osoby prowadzące to miejsce. To był sam początek na sezonowe moeche, typowe dla weneckiej laguny malutkie kraby o miękkiej skorupie. Były one słodkie, głęboko smażone podane na kremowej żółtej polencie (najlepszej jaką jadłam). Jest to lokalny specjał pojawiający się sezonowo, warty spróbowania wiosną lub jesienią.

Nasze lunche zakańczaliśmy kieliszkiem schłodzonego słodkiego wina na bazie poziomek. Jego smak był tak szczery i sugestywny, że moje kubki smakowe powędrowały do Polski, gdzie truskawki, maliny oraz poziomki nie mają sobie równych. Wino jest wyrabiane przez zaprzyjaźnione z rodziną osoby i nie ma go w karcie win. Jest to specjał wieńczący posiłek regularnej klienteli kochającej dobrze jeść.

Zapiekane Tagliatelle z Szynką oraz Sosem Béchamel/ Tagliatelle Gratinati pojawiło się w moich myślach podczas przechodzenia obok restauracji Harry’s Dolci (Giudecca). Danie wspaniale nadaje się do odgrzania, dlatego zawsze piekę dla nas podwójną porcję i na następny dzień ze smakiem dokańczamy to co pozostało. Rzecz obecnie (w dobie pandemii oraz prawie wszystkich posiłków domowych) bardzo dla mnie ważna i wygodna, nie do przecenienia.

Mamy już dobrze rozpoczęty sezon na szparagi, białe oraz zielone, i kilka tygodni temu podzieliłam się przepisem na Tartę ze Szparagami, Speckiem oraz Świeżym Kremowym Serem. Speck jest katalizatorem smaku, nadaje on potrawie lekko słonego i wędzonego posmaku, który harmonijnie współgra ze szparagami. W regionie Veneto szparagi podawane są pokryte sosem na bazie ugotowanych i rozgniecionych jajek, wymieszanych z dressingiem (musztarda, ocet z wina, oliwa). Oczywiście sos można zmiksować na gładką konsystencję. Jest to posiłek już sam w sobie, najlepiej przegryzany kromką chrupkiego chleba.

Czytając „Che la Festa Cominci” Niccolò Ammanitiego, powieść opisująca pewne sceny oraz wydarzenia rzymskiego społeczeństwa, natknęłam się na fragment, który w szczególności przykuł moją uwagę. Odnosi się on do frittaty di macceroni przygotowanej przez ciotkę Immę w Gaecie. Gaeta, w regionie Lacjum, jest znana ze swoich oliwek. Nie mogę ich kupić tutaj w Wenecji, ale są wszędzie dostępne oliwki taggiasche z Ligurii. Dodałam je wraz z kaparami do sosu pomidorowego, wymieszałam z makaronem, efektywnie przygotowując Pasta alla Puttanesca. Słynne proste danie, z którego na następnym dzień zrobiłam dla nas frittatę. We Włoszech to bardzo powszechny sposób wykorzystania tego, co pozostało z poprzedniego dnia. Wystarczy podsmażyć z obu stron płaski dysk zwartego pozostawionego na noc makaronu. W ten sposób otrzymujemy pyszne, lekko chrupiące szybkie danie makaronowe. W tradycyjnym przepisie nie ma filetów anchois, ale ja lubię je dodawać. Nadają one bowiem pewnego charakteru i wzbogacają smak dania.

Zanurzając się głęboko w prostotę połączoną z produktami o dobrej jakości oraz pasję, z którą Włosi gotują oraz jedzą, Spaghetti al Limone e Mascarpone zasługują na jedną z głównych nominacji. Świeży kremowy ser mascarpone, odrobina śmietany oraz intensywny, rześki i zniewalający aromat cytryny jest wszystkim, czego potrzeba do przygotowania niezmiernie szybkiego i znakomitego dania typu: lato na talerzu.

Dość często kupuję dla nas selekcją małych smakołyków z różnych cukierni i piekarni, jako że mają one różne oferty jak i wgląd do weneckiej słabości do słodyczy. Bardzo lubię niewielkie porcje tiramisu, w sam raz na jeden kęs, sprzedawane przez Pasticceria Tonolo. Ponadto, prócz zamiany ciasteczek savoiardi na biszkopt, Tonolo przekłada swoje tiramisu cienką taflą chrupiącej ciemnej czekolady, która wspaniale łączy ze sobą poszczególne komponenty. Pachnące Wanilią oraz Przekładane Ciemną Czekoladą Tiramisù to moja domowa wersja tej kremowej przyjemności, zainspirowana właśnie cukiernią Tonolo (Dorsoduro) i mam nadzieję, że swoją znakomitością oraz prostotą urzeknie również Ciebie.


Czerwone Palazzetto oraz Walentyki w Wenecji

February 13, 2021

Nasz stół jadalny, marmurowy blat do ugniatania ciasta na makaron a jednocześnie moje biurko, usytuowane jest przy najwyższych oknach jakie kiedykolwiek miałam. Okna te, ciągnące się od podłogi po sufit, szeroko otwierają się na balkon w stylu gotyckim, na którym, jak tylko się tutaj wprowadziliśmy, posadziliśmy jaśmin. Rośliny są nadal niewielkich rozmiarów, ale z czasem urosną i rozprzestrzenią się nabierając nasyconego żywego zielonego koloru przeplatanego białymi kwiatkami o urzekającej woni.

Ciemno czerwone palazzetto (małe palazzo) nad jednym z wielu weneckich kanałów stało się obecnie naszym domem. Automatycznie można sobie od razu wyobrażać dostojne pałace ciągnące się wzdłuż Canal Grande widząc przed sobą słowo palazzo (pałac). We Włoszech w ten sposób nazywa się reprezentacyjne budynki mieszkalne, ogólnie to ujmując. Nasz jest o wiele skromniejszy, ale nadal zarezerwuj sobie w myślach długi pokój typu piano nobile o wysokim, ciemnym drewnianym suficie oraz mozaikowej podłodze.

Odgłos chlupiącej wody od razu wprawia w dobry nastrój. Nie ma dla mnie nic przyjemniejszego dla ucha niż delikatny dźwięk lekko pluszczącej wody, spadającego deszczu oraz przepływających niewielkich łódek, prawie zawsze z psem na pokładzie. Ten moment jest jeszcze przyjemniejszy jak zasiadamy przy stole do posiłku lub kiedy nadrabiam zaległości przy komputerze. Pod naszymi oknami przypływają również gondole. Latem słuchałam anegdot oraz rozmów toczonych pomiędzy gondolieri oraz turystami, głównie włoskimi i w znacznie mniejszej ilości (z wiadomych przyczyn).

Wenecja obecnie jest marzeniem. Zupełnie pusta, tak piękna i romantyczna. Egoistycznie patrząc, jest to dla mnie niewiarygodnie wspaniałe i niezapomniane przeżycie. Ale niemożliwością jest też przejście obojętnie obok dewastujących skutków pandemii dotykających wszelakie biznesy.

Siedząc przy moim marmurowym biurku, moja uwaga rozpoczyna się rozpraszać z dwóch powodów. Pierwszy to relaksujący odgłos padającego deszczu. Drugi to napływające pomysły co ugotować na Walentynki. Przyznam, że nigdy tak naprawdę nie świętowaliśmy Walentynek w nadzwyczajny sposób. W tym roku jednak, kiedy cykl dnia wyznaczany jest przez śniadanie, obiad i kolację (i niekiedy apertitivo, w zależności jaki miejsce jest czynne), postanowiłam uczynić ten dzień bardziej wyjątkowym niż w przeszłości i nieco odmiennym od codziennej typowej kolacji w domu. Na myśl nasuwa się od razu ulubiona, od niedawna, pasta Dégustatura z sosem z orzechów włoskich jako danie główne. Orzechy można przygotować sobie już wcześniej ucierając je z dosłownie odrobiną czosnku. Później dodaje się trochę wody, w której gotuje się makaron, doprawia solą, pieprzem oraz świeżymi ziołami, tworząc bardzo przytulny, pyszny i zarazem elegancki sos. Element w postaci świeżego pokrojonego pomidora nadaje zaskakującej świeżości i spaja danie w jedną całość.

Owoce morza od zawsze były i są dla nas słabostką. Z nieznanego dla mnie powodu noszą one miano czegoś bardzo wytwornego, być może dlatego, że są one bardziej skomplikowanym oraz wyrafinowanym produktem to przygotowania. Teraz mam w głowie przegrzebki, najprawdopodobniej zapiekane z małymi karczochami, polane prosecco i podane w muszlach.

Mieszkając w Rzymie udało mi się kupić przegrzebki jedynie dwa razy i ogromnie się za nimi stęskniliśmy. Jednak Walentynki przypadają w niedzielę, więc prawdopodobnie z nich spasuję. Jakkolwiek nigdy nie miałam złego doświadczenia odnośnie świeżości kupując ryby z mojego ulubionego stanowiska na Rynku Rialto, nadal czuję lekką obawę pozostawiając rybę lub owoce morza na następny dzień (na podstawie doświadczeń z przeszłości).

Zastąpię przegrzebki ośmiornicą, z którą akurat zawsze czuję się bezpiecznie, a ponadto, wręcz gotuje się ona sama. Jedyne na co należy zwrócić uwagę to czas jej gotowania, tak, aby była miękka i delikatna. Przyrządzę ją a la Gallega, innymi słowy doprawię ugotowaną, najlepiej nadal ciepłą, pokrojoną ośmiornicę solą morską, wędzoną papryką oraz szczodrze poleję oliwą. Bezstresowe danie i jednocześnie ulubiona wersja Dégustateura.

Krzątając się jeszcze w kuchni rozpoczniemy nasz wieczór od przekąsek. Zapewne od szynki Parmeńskiej lub podobnej, przekładanej Gorgonzoli Dolce z mascarpone rozsmarowanej na kawałkach świeżego chleba o chrupiącej skórce oraz lampką prosecco (bardzo schłodzonego jak dla mnie). Specjalna okazja wymaga specjalnego wina. Od bardzo długiego czasu chciałam spróbować białego lokalnego wina Orto di Venezia, pochodzącego z wyspy Sant’ Erasmo. Bardziej lokalnie już nie można. Butelka jest kupiona i czeka na schłodzenie. Ah, już nie mogę się doczekać tej kolacji. Czas wybrać dolci. Jest jedno ciasto, które jest bardzo szczególne dla nas, mianowicie jest to dekadenckie mokre ciasto z roztopionej ciemnej czekolady, kremu kasztanowego i pachnące orzechami laskowymi. Kwintesencja Piemontu, smaków, które kochamy.

Podczas minionych Świąt oraz na Nowy Rok stół jadalny podczas posiłku oświetliłam wyłącznie migotającymi światełkami świec, a było ich dużo. I właśnie w ten sam sposób nakryję nasz stół na Walentynkową domową kolację, z nadzieją, że nada on tej poszukiwanej innej oraz wyjątkowej atmosfery, jaka powinna tej uroczystości przyświecać.

 

 


Bacari, Cicchetti, Wenecja

December 14, 2020

Bacaro, centrum towarzyskie, miejsce spotkań Wenecjan, profesorów uniwersyteckich, studentów, sklepikarzy, gondolierów, turystów. Mógłby je ktoś nazwać mniej formalną wenecką osterią. Tak naprawdę, nie ma tutaj nic formalnego. Szczęściem jest znalezienie krzesła i stołu, przy którym można przysiąść. W weneckich bacaro to jest właśnie lada obłożona chicchetti (cichèti w pisowni lokalnej) oraz szeroki wybór win podawanych na kieliszki, które stanowią część perfekcyjnej formuły gościnnej, miłej i zrelaksowanej atmosfery.

Cicchetti są to bardzo kreatywne przepyszne małe przekąski, których prawie każde bacaro oferuje szeroką gamę.

Najbardziej popularne cicchetti to crostini: pokrojony chleb o chrupkiej skórce (przeważnie jest to bagietka), na który nakłada się kolejne składniki, praktycznie co tylko się chce w zależności jak daleko puszczą nas wodze fantazji. Nie wymagają one zbyt dużego zaangażowania kulinarnego w kuchni. Poszczególne komponenty są przeuroczo ułożone na kromkach świeżego chleba, że aż wręcz nie można się im oprzeć (w szczególności jeśli podane są one na podpieczonym chlebie, moje ulubione).

Patrząc na piętrzące się na talerzach lub tacach cicchetti, nie można nie zauważyć pychy, finezji i sztuki poświęconej na ich przygotowanie.

Jeżeli „pójście na cicchetti” będzie częścią Twojej wizyty w Wenecji (i mam nadzieję, że tak będzie), crostini z Baccalà Mantecato trzeba koniecznie spróbować. Są to podstawowe chicchetti każdego bacaro. Delikatna pasta otrzymana jest podczas ucierania ugotowanych kawałków solonego dorsza z oliwą, aż do uzyskania kremowej konsystencji. Bardzo często dodawany jest do niej czosnek i pietruszka lub grzyby. Wybór należy do Ciebie.

Poza crostini, cicchetti są podawane również w innej formie jak np. małej porcji sałatki z ośmiornicy, sarde in saor, moscardini (te przeważnie będą podgrzane), przekrojone ugotowane jajko ozdobione sardelą, serca karczochów (fondi di carciofi ugotowane z dodatkiem czosnku, pietruszki i białego wina), hojny kawałek lokalnego sera lub mortadeli. Nie można zapomnieć o pulpetach. Wenecja dla mnie wydaje się być wręcz stolicą pulpetów: warzywnych, mięsnych oraz rybnych (głównie na bazie tuńczyka). Nie ma nic lepszego od ciepłych, głęboko smażonych pulpetów mięsnych, o wspaniale chrupkiej skorupce i mięciutkim wnętrzu w „Alla Vedova”. Ukryte w mrocznej alejce bacaro, gdzie przystaje się na cicchetti, ale można też zasiąść do stołu z menu a la carte.

Równie ważnym jest, dla pełnego doświadczenia, popicie całości Prosecco, kieliszkiem czerwonego wina lub obecnie wszechstronnie rozpoznawalnym koktajlem zwanym Spritz.

Oczywiście z czasem znalazłam swoje ulubione bacari oraz serwowane tam cicchetti. Czasami przygotowuję je dla nas w domu, szczególnie w chwili obecnej, podczas drugiego lockdown.

Poniżej zebrałam kilka prostych pomysłów i wskazówek na crostini (gdzie ilość, gramaturę składników pozostawiłam Twojej preferencji smakowej) oraz podzieliłam się jednym z ulubionych przepisów na pachnące nasionami fenkułu pulpeciki w sosie pomidorowym. Przepisy na “gamberi in soar” oraz “fondi di carciofi” są już od dłuższego czau na blogu (wystarczy kliknąć na zielone napisy).

Mam szczerą nadzieję, że znajdziecie wielką przyjemność w przygodzie z cicchetti.

Crostini z Grillowaną Papryką, Szpinakiem i Krewetkami

Będą Ci potrzebne:

– pokrojony chrupki chleb, najlepiej bagietka

– pokrojona wzdłuż czerwona oraz żółta papryka, grillowana w piekarniku lub na patelni, skroplona oliwą oraz niewielką ilością octu z białego wina, tak pozostawiona do marynowania przez kilka godzin lub, najlepiej, na noc

– liście szpinaku, ugotowane w osolonej wodzie przez kilka minut i bardzo dobrze odsączone, lub można ugotować je na rozgrzanej patelni z oliwą oraz ząbkiem czosnku po czym doprawić solą oraz pieprzem

– krewetki (obrane i oczyszczone), podsmażone z obu stron na oliwie, można dodać drobno posiekany czosnek oraz pietruszkę

– sól i piper

Ułóż poszczególne składniki według listy na chlebie, skropl całość oliwą, dopraw szczyptą soli oraz pieprzu.

Crostini z Tuńczykiem i Porem

Będą ci potrzebne:

– pokrojony chrupki chleb, najlepiej bagietka

– tuńczyk w oliwie, odsączony

– majonez

– kilka świeżo skrojonych krążków pora

– carny piper

Rozdrobnij tuńczyk widelcem na mniejsze kawałki i przełóż go do miski. Wymieszaj bardzo dobrze z majonezem, aż do uzyskania kremowej masy. Posmakuj i dopraw czarnym pieprzem. Masę z tuńczyka rozsmaruj na chlebie i udekoruj krążkami para.

Crostini z Mozzarellą, Cukinią oraz Miętą

Będą Ci potrzebne:

– pokrojony chrupki chleb, najlepiej bagietka

– cukinia, pokrojona na cienkie plastry, grillowana na patelni, skroplona oliwą, odrobiną octu z białego wina, doprawiona pokrojoną świeżą miętą oraz odrobiną soli (najlepiej odstawiona do marynowania przez kilka godzin, jeżeli to możliwe)

– mozzarella*, jedna duża lub kilka małych kulek mozzarelli

– sól morska

– pieprz

– kilka wykałaczek

*Pokrój mozzarellę w plastry i odstaw na około 10 minut przed przygotowaniem crostini, w ten sposób pozbędziesz się zbędnego płynu.

Na kromkach chleba ułóż pierwszą warstwę plastrów cukinii, następnie mozzarelli i udekoruj wierzch mniejszym plasterkiem cukinii. Całość zabezpiecz wykałaczką i dopraw odrobiną soli oraz pieprzu.

Crostini z Kremu z Tuńczyka oraz Chrzanu na Karmelizowanej Czerwonej Cebuli

Będą Ci potrzebne:

– pokrojony chrupki chleb, najlepiej bagietka

– średniej wielkości czerwone cebule, obrane i pokrojone w wąskie półksiężyce

– cukier, przeznacz jedną płaską łyżeczkę na każdą cebulę

– odrobinę octu z czerwonego wina– oliwa

– woda, jeżeli zajdzie take potrzeba

– tuńczyk w oliwie, odsączony

– majonez

– chrzan, w słoiczku lub starty świeży

– carny pieprz

– drobno pokrojone radicchio, cykoria sałatowa (opcjonalnie)

Przygotuj cebule:

Przełóż pokrojone cebule na patelnię, posyp cukrem i skropl niewielką ilością oliwy. Powinny się one powoli gotować na małym ogniu, bez przykrywki. Pamiętaj aby je dość często przemieszać. Proces wymaga trochę cierpliwości ale jest jej wart. Jak tylko cebule zmiękną, skropl je octem według Twojego uznania. Przemieszaj i gotuj tak długo, aż cebule będą się wręcz rozpadały. Podlewaj całość niewielką ilością wody jeżeli będą one przywierały do dna patelni. Jak tylko cebule będą gotowe, zdejmij patelnię z ognia i poczekaj, aż lekko przestygną.

Rozdrobnij tuńczyk widelcem na mniejsze kawałki i przełóż go do miski. Wymieszaj bardzo dobrze z majonezem, aż do uzyskania kremowej masy. Rozpocznij stopniowo dodawać chrzan smakując cały czas miksturę. Na samym końcu dopraw do smaku pieprzem i dodaj radicchio, jeżeli używasz.

Rozsmaruj no kromce chleba warstwę skaramelizowanej cebuli, po czym przykryj ją pastą z tuńczyka.

Crostini z Mortadelą, Słodką Gorgonzolą oraz Pistacjami

Będą Ci potrzebne:

– pokrojony chrupki chleb (najlepiej bagietka), moja delikatna sugestia to podpiec kromki i skroplić je oliwą

– cienkie plastry (bardzo ważne) mortadeli

– ser Gorgonzola Dolce, lub inny niebieski ser, który można wymieszać np. z mascarpone dla stemperowania ostrego posmaku

– pistacje do dekoracji

Ułóż z finezją poszczególne plastry mortadeli na kromkach chleba, przykryj kawałkiem sera i udekoruj pistacjami.

Pachnące Ziarnami Fenkułu Pulpety w Sosie Pomidorowym

Pulpety mogą być serwowane jako cicchetti z wbitą w nie wykałaczką. W przeciwnym razie są one wspaniałe jako danie samo w sobie, podane np. ze świeżą rukolą udekorowaną cienkimi plastrami parmezanu i kawałkiem chrupkiego chleba.

Na około 40 pulpetów:

– 600-650 g mielonej wołowiny

– 400-450 g mielonego mięsa wieprzowego

– 1 łyżka stołowa nasion fenkułu

– połowa małej suchej papryczki chili

– 1 jajko

– 70-80 g tartej bułki

– sól

– pieprz

Na sos:

– 1 cebula, pokrojona na drobną kostkę

– 2 ząbki czosnku, drobno posiekanego

– połowa małej suchej papryczki chili

– 4-5 szczypt suchego oregano

– odrobina cukru

– sól

– 1 l passaty lub obranych pomidorów z puszki

– 3 łyżki stołowe oliwy

Rozpocznij od przygotowania sosu:

W dużym garnku rozgrzej oliwę i dodaj cebulę. Smaż na średnim ogniu po czym dodaj czosnek oraz chili.

Smaż całość, mieszając często aby czosnek się nie przypalił, aż do momentu jak cebula się zeszkli. Wlej teraz passatę, dodaj cukier, oregano, sól i trochę pieprzu. Gotuj na średnim ogniu bez przykrywki.

Podczas gotowania sosu, zabierz się za pulpety.

Na patelni podgrzej nasiona kopru wraz z papryczkę chili, tak aż rozpoczną one wydzielać aromat. Zdejmij patelnię z ognia i po kilku minutach zmiel całość w młynku do kawy lub przypraw.

W dużej misce wymieszaj bardzo dokładnie za pomocą rąk wszystkie składniki na pulpety wraz ze zmielonymi przyprawami.

Rozpocznij formować w dłoniach kulki o wielkości zbliżonej do orzecha laskowego. Wrzucaj uformowane pulpety, jeden po drugim, do garnka z gotującym się sosem. Delikatnie wymieszaj całość lub potrząśnij garnkiem, tak aby umożliwić przykrycie jak największej ilości pulpetów sosem. Nie przejmuj się, jeśli nie będą one od razu wszystkie pokryte sosem, to się zmieni podczas gotowania.

Gotuj pod przykrywką przez minimum 1 h mieszając całość co 15 minute.

Posmakuj sos i dopraw solą oraz pieprzem według uznania.


First Autumn in Venice

October 18, 2020

Autumn is here. The time of year that I had been waiting for perhaps the most.

Of course I love summer too, to be able to feel the sun kissing your skin, long warm evenings on the terrace, a dip in the sea and a different lighter kind of food and cooking as well as a bellini for an aperitivo made of fresh, ripe white peaches at their best.

I absolutely adore chilly and crispy mornings and I have always loved watching a place wake up. It doesn’t mean to be out there at 6am and seeing an empty place. It’s about the whole process and ritual of the first morning coffee (currently still being able to have on the terrace), first cornetto or brioche and their smells travelling incorruptibly along the narrow allies, the opening of your local news agent’s, people on the way to work, markets or while running errands. The air and the water, in the case of Venice, feel so fresh, clean and unspoiled. This particular part of the day lasts only for a few moments, it disappears almost if it was touched by a magic wand and the dream is over.

To make our mornings complete, the long awaited opening of the “little pasticceria” slightly hidden from the main thoroughfare, with the best krapfen (as light as air fried doughnut and even more heavenly pastry cream filling) and focaccia Veneziana (fugassa in Venetian dialect) I’ve ever tried has finally opened it’s doors again and it’s “forno”. We gave it the name “little psaticceria” as it is small and cosy and knowing our tendency soon we will rename it to “krapfen and fugassa place”. I’ve grown very fond of Venetian pastries. They are made with such care and finesse but it doesn’t necessarily stand for light. Quite the opposite, they feel velvety rich and the flavours are profound, deep and absolutely irresistible. Once you’ve had your first bite you will be immediately thinking about having another. These are our little treats, guilty pleasures or even sins that I can’t and I don’t want to resist. In Venice, of course, I walk a lot. I’ve always done so. After having passed a few bridges whilst running errands, there isn’t even any shade of guilt left from my indulgence.

I am a great believer and I fallow the rule of eating everything in moderation. There are days of special meals, feasts and way too many krapfens, but then, there are also days of lighter, simpler less rich meals to follow. It seems like a perfect balance to me, a rather greedy person, who loves to cook, eat and read cook books in bed before falling asleep.

Our diet and the way of eating, since moving to Venice, has changed as a natural process of following the local food traditions and the seasons. I must have already mentioned that shopping for fish at the Rialto Market had been my dream. And here I am, after four months along the way, I have “my” market days. Most often it is Tuesday and Saturday, and I like my little routine. For meat I shop near our house at Campo Santa Margherita, fruit and vegetables I select either from the boat at Campo San Barnaba or from one of the stands at the Rialto Market, which I particularly like.Then during the week there are days when we go out. Until now every Friday we would travel to Burano, a little fishing island in the lagoon, so distinctive with its colourful houses. The restaurant Al Gatto Nero da Ruggero, where you can sit by a peaceful canal and where I’ve learned about cooking fish in prosecco, giving it a sweeter and a very pleasant note, was our destination for dinner on warmer evenings. We loved the experience of eating outdoors despite the sudden weather changing conditions. It’s all a part of the experience of living on a lagoon. Trattoria da Romano is another place, where we’ve had lovely and delicious dinners so far. These are two institutions, establishments on the island which in my opinion are really worthwhile visiting (and making an effort of setting off on a 40 min journey by a vaporetto from the Fondamenta Nove stop). A very particular dish to try is Risotto ai Gò, which may seem a very simple dish but it is it’s simplicity which makes it so special. In Burano it is called Risotto alla Buranella and it’s secret lies in the stock, prepared from little fish which live only in the lagoon called ghiozzo. Perhaps not the most beautiful fish to look at but is so rich in flavour.

Last Saturday we went for a day trip to the island of Chioggia. Weekends have been quite busy in Venice but Chioggia is less of a tourist destination. It is actually the home of the largest fishing fleet in Italy. It’s canals were calm and unspoiled with a few friendly locals passing by, which only made our lunch al fresco more special.

With the vaporetto line number 1 we arrived to Lido. From there we took the bus, line 11, which takes you the entire way to Chioggia. By the entire way I mean the bus being transported later on a ferry, after that reaching Pellestrina and then taking another boat waiting for the bus to take us finally to Chioggia. A smooth and well organised trip provided by public transport. It takes about two hours to get there from Venice, but we had so much fun.

On one of the occasions whilst discussing with the Dégustateur food in Italy and the vast choice of produce available, we agreed that the autumn for us is the most flavoursome and varied time of year.

Plums and apples to bake with. Chestnuts, walnuts and hazelnuts to follow. Pumpkin, cavolo nero and pomegranates. Mushrooms and truffles.Then the artichoke season starts along with all manner of radicchio from Veneto. On top of that I have just managed to buy the first puntarelle of the season at the next door barge at Campo San Barnaba.

I have been tasting and cooking a lot of local specialities, either by reproducing the flavours I’ve come across in trattorias or restaurants and asking questions or going through many older cook books with no pictures but being a mine of ideas and inspiration. We particularly love scallops. Apart from having them very often on a slightly spicier note pan fried witch chorizo or smoked paprika, I’ve been making them also the Venetian way. With time resulting in my own close interpretation of the tradition. Here I mean scallops au gratin or baked in a leek and prosecco sauce for example. Baked fish in salt is always a treat for us and I prepare it very often. We’ve recently had trout with herbs in cartoccio (au papillote) and moscardini in ever so slightly spicy tomato sauce with olives (olive tagiasche to be precise).

I’ve made my first proper attempt to cook bouliabase, a very well known french fish soup. I asked my fish monger and he gave me three John Dory heads from which I prepared a very good stock, a crucial step towards preparing the dish. I finally made a use of the Pastis de Marselle, which I had bought a long time ago in France with exactly that purpose in mind. I was rather taken by the result and I will be making it again, most likely this week.

Fondi di carciofi, artichoke hearts play a very important role in the Venetian diet as well as when I want to quickly conjure up a lunch or dinner without too much planning. The fondi are readily available here in the markets and they are already prepared for you, but it doesn’t take a lot of effort to prepare the artichokes yourself. I cook them with enough stock, light chicken stock being my favourite, to dip a lovely crunchy bread into. Some gorgonzola dolce and a few slices of bresaola, a glass of Prosecco perhaps and to me, a very delectable meal is ready.

A radicchio, smoked pancetta and borlotti bean salad is a must try. It’s really worth it and so representative of the Veneto region. Use any radicchio you can find. I’ve noticed that many kinds of radicchio have become more accessible, popular and easier to find in grocery stores outside of Italy.

Occasionally, when I stay at home for a few days on my own, I cook myself chicken with chanterelle mushrooms. Normally I’d buy chicken legs which have so much more depth and cook them slowly, but during the days when it’s just me I like something quick. Instead, I cut a chicken breast into fairly thick slices and pan fry them with chanterelle mushrooms. It’s my latest favourite especially when finished with a few drops of Marsala. Oh, and some Pattate alla Veneziana to go with it. Love the combination.

Once you stay in Venice for a couple of days you will notice that polenta is very present in the local way of eating. For me it is a comfort food of Northern Italy. There are many ways of eating it: cold, cut and char grilled or as a creamy warm accompaniment to the protein.
Baking with polenta is no exception. Upon our arrival to Venice we discovered zaletti (polenta, raisin and grappa biscuits).They gain the yellow colour from the yellow polenta and in fact, in Venetian dialect, they translate to „little yellow” (biscuits).

Very often the raisins are pre-soaked in grappa but you can use marsala or rum instead if you don’t have grappa to hand. Giving zaletti an oval shape is traditional, but you could always be creative and make them round or of a shape of a walnut. Grating some lemon zest into the dough and adding some vanilla will only make them more delectable and I hope you will enjoy them too.


Witaj Wenecjo!

August 5, 2020

Rzeczą piękną jest snucie marzeń oraz budowanie planów. Czasami te marzenia się spełniają, a czasami nie, c’est la vie.

Nadal nie mogę uwierzyć, że tutaj jesteśmy. Kilka lat temu narodziła się nam początkowa, mało wyraźna idea zamieszkania właśnie w Wenecji. Po kolejnej wizycie w La Serenissima ta cały czas żywa idea rozpoczęła ewoluować i przerodziła się w coś, co rozpoczęło przybierać kształt planu przeprowadzki do Wenecji. Słyszałam tyle komentarzy czy uwag odnośnie nieprzyjemnej woni kanałów, zanikających mieszkańcach, masowej turystyce oraz wysokiej wilgotności powietrza lub trudnych zimowych miesiącach. Natomiast z bardziej pozytywnej strony pojawiły się ciepłe słowa zachęty i najlepsze życzenia na nadchodzący dla nas nowy rozdział.

Jesteśmy już w Wenecji, gotowi przyjąć i przeżyć ją taką, jaka ona jest. Nie budowałam żadnych oczekiwań przed naszym przyjazdem. Wydaje mi się, że utworzone w naszej głowie oczekiwania mogą ograniczać głębię doświadczeń i stać się wynikiem wielu frustracji oraz rozczarowań, szczególnie gdy poprzeczka została ustawiona zbyt wysoko. Wolę raczej mieć nadzieję aby móc zwać Wenecję moim domem i stać się jej częścią.

Do Wenecji dotarliśmy, lekko powiedziawszy, troszkę zmęczeni organizowaniem pakowania naszego dobytku oraz całej przeprowadzki, która nie potoczyła się dokładnie zgodnie z planem. Tego dnia padało w Wenecji przez cały dzień i był przypływ tzw. wysokiej wody (l’acqua alta). Zaryzykowaliśmy i zdecydowaliśmy się na dostarczenie kartonów nadal tego samego dnia. Moja ukochana marmurowa płyta na stół musiała zatrzymać łódkę transportującą ją na wielu mostach, nie dotarła ona do mnie tak jak ją pamiętałam. Być może są to uroki posiadanie zbyt wielu rzeczy.
Nasze kartony były przemoknięte, prawie rozpadające się i ułożone jeden na drugim w nowym mieszkaniu. Rozpoczęłam je rozpakowywać, tyle, na ile wystarczyło mi sił, i mówimy tutaj o wielu, może nawet zbyt wielu pakunkach.

Byliśmy głodni i potrzebowaliśmy czegoś na mały lunch. Do Wenecji przybyliśmy porannym pociągiem, i ku naszemu zdziwieniu podczas pierwszej podróży podczas koronawirusa niemalże wszystko na stacji było zamknięte, niemożliwe było też kupienie kawy ani herbaty w pociągu.
Wzięliśmy zatem parasol w rękę, wkroczyliśmy na Campo San Barnaba i natknęliśmy się na przemiłe rodzinnie prowadzone miejsce, gdzie delektowaliśmy się tramezzino, małymi kanapkami w kształcie trójkąta, pełne finezji i kreatywności. Właściciele tego miejsca byli szczęśliwi usłyszeć obcy język. Było to na początku czerwca, zaraz po otwarciu regionów Włoch oraz granic dla swobodnego przemieszczania się. Okoliczni restauratorzy byli lekko dociekliwi, wyłącznie aby dowiedzieć się kto przyjeżdża do Wenecji, skąd oraz jakim środkiem transportu. Przyjeżdżając do Wenecji z Rzymu pociągiem nie odhaczyliśmy żadnego punktu, ale byliśmy za to przemile przywitani.

Następnego dnia, porankiem, nie mogliśmy przegapić wycieczki na targ rybny przy moście Rialto. Jedna z głównych przyczyn naszej przeprowadzki do Wenecji. Marzyłam o robieniu zakupów na tym rynku przez wiele miesięcy. Wybór jest tak duży u wielu sprzedawców. Być może nieco uboższy podczas ciepłych wakacyjnych miesięcy, nie wspominając o oczywistych konsekwencjach koronawirusa. Za każdym razem byliśmy zaskoczeni ilością pięknie wyeksponowanych lokalnych produktów, przeważnie pochodzących z wyspy Sant’ Erasmo, sadu i ogrodu warzywnego Wenecji.Oprócz stoisk rybnych oraz owocowo-warzywnych, dookoła rynku jest wiele sklepików, w których można kupić prawie wszytko co można by chcieć lub jest potrzebne do gotowania.
Ja nadal się uczę po nich poruszać, co jest częścią całej zabawy.

Kolejna rzecz, którą absolutnie kocham w Wenecji są to jej liczne cukiernie pasticcerie. Poranny rytuał filiżanki kawy oraz jeszcze ciepłe wypieki prosto z piekarni jest czymś, o czym myślę i już nie mogę doczekać kolejnego dnia przed pójściem spać. Przyznaję, że uwielbiam te ciepłe wypieki spożywać w domu, na balkonie z widokiem na skąpany w porannym słońcu kanał, przy którym mieszkamy. Ta poranna przyjemność może dobiec końca jak tylko nadejdzie zima. Zawsze uwielbiałam włoskie rogaliki z kremem budyniowym cornetti alla crema, ale im więcej lokalnych cukierni odkrywam, tym więcej mam nowych ulubionych słodkości danego tygodnia. Tak, czuję się rozpieszczona pod względem wyboru.

Ale pond wszystko, to mgliste i romantyczne zjawiska atmosferyczne przyciągnęły nas do La Serenissima najbardziej.

Prawie od razu po naszym przyjeździe wsiedliśmy w vaporetto i udaliśmy się na maleńką wyspę Torcello, a tam do Locanda Cipriani. Jest to miejsce, w którym się zakochaliśmy podczas Noworocznej wizyty kilka lat temu. Podczas zimowego, chłodnego ale słonecznego dnia o rześkim powietrzu. Pyszne jedzenie, wspaniałe wino oraz rozpalony kominek nieopodal. Przy tej okazji jakkolwiek, wyspa była tętniąca życiem oraz miejscem spotkań mieszkańców laguny. Zjawisko, którego przez długi czas nie widziałam ze względu na lockdown i kolejne ograniczenia. Nasz stolik tym razem znajdował w przepięknie utrzymanym ogrodzie. Dotarliśmy do niego w samą porę, zanim rozeszło się lekkie zachmurzenie i zrobiło się bardzo ciepło. Przekąska, smażone kwiaty cukinii w lekkim i chrupkim cieście, wypełnione nadzieniem z krewetek, była najlepsza jaką kiedykolwiek posmakowałam.

Pomimo, iż znaliśmy już Wenecję do pewnego stopnia przed naszym oficjalnym przyjazdem już nie jako turyści, znajdowanie miejsc na tramezzino, aperittivo czy kolację, jest to dla nas ogromna przyjemność i element całego doświadczenia. Jedzenie jest tutaj tak odmienne od tego, do którego przywykliśmy w Rzymie. Za którym, muszę przyznać że, tęsknię i z chęcią powrócę do ulubionych potrawym w mojej niewielkiej weneckiej kuchni. To właśnie w Wiecznym Mieście spędziliśmy prawie pięć niezapomnianych lat, jednocześnie naszych pierwszych lat we Włoszech. Wspomnienia, które trzymam w sercu są wielkie i wypełnione nostalgią.

Moja wenecka kuchnia jest mniejsza od tej, którą miałam w Rzymie, ale jest ona bardzo słodka.
Pomimo wielkiej przyjemności stołowania się na mieście, udaję się na rynek regularnie. Specjały jak langusty czy przegrzebki początkowo dominowały w koszyku z zakupami. Surowe langusty skroplone dobrą oliwą oraz sokiem z cytryny nie mają sobie równych. Za przegrzebkami w szczególności się stęskniłam od momentu wyjazdu z Anglii. Nie są one po prostu tutaj popularne ani łatwo dostępne. Uwielbiam podawać je z podsmażonym hiszpańskim chorizo, hojnie skroplone sokiem z cytryny i udekorowane świeżą kolendrą.

Bardzo często raczymy się pieczoną rybą w soli. Jest to fantastyczny i bardzo prosty sposób zatrzymujący wilgoć mięsa poprzez pieczenie w skorupie z soli, w której otoczona jest ryba. Nawet jak pozostawimy rybę kilka minut dłużej w piekarniku, będzie ona nadal soczysta i przepyszna.

Niedawno pojawiły się na naszym stole filety z dorsza zapiekane pod pierzynką ze świeżych ziół oraz orzechów włoskich. Jest to kolejny, nieskomplikowany lokalny przepis, którym się chciałam z Wami podzielić. Tak przygotowanego dorsza lubię podawać z zieloną sałatką i cienkimi plastrami surowego chrupkiego kopru włoskiego.

Również na blogu pojawił się przepis na gamberi in saor, wenecki sposób na podanie krewetek w słodko-kwaśnym sosie z cebulą, rodzynkami oraz orzeszkami piniowymi. Tradycja woła o sardele, ale również bardzo często zastępuje się je krewetkami lub nawet langustami, w bardziej luksusowym wariancie.

Ponadto ugotowałam nam, po raz pierwszy, ragù z kaczki, podane z jajecznym makaronem pappardelle oraz pojawiły się pieczone udka kaczki z pieczonymi śliwkami w czerwonym winie.
Delikatne i miękkie gnocchi pokryte słodkim sosem z pieniącego się masła z cynamonem oraz cukrem, są dla mnie ostatecznym “comfort food” z regionu Veneto.

Nowy przepis na słodkości to semifreddo z miodem, orzechami włoskimi oraz winem marsala (moim ulubionym), udekorowane słodkimi figami, jeżeli są one w sezonie. Perfekcyjny letni (ale nie tylko) chłodny deser, niesamowicie szybki, nadający się na każdą okazję.Wystarczy wyjąć go kilka minut przed podaniem z zamrażalnika i udekorować owocami lub pokruszonymi migdałowymi ciasteczkami amaretti.

I tak właśnie znaleźliśmy się w Wenecji, nie wiedząc jeszcze nawet na jak długo.
Nadal jest tutaj spokojnie i przepięknie. Stopniowo i powolnie napływają turyści, przywracając to miasto do życia.


Piękny, pusty ale jednak smutny Rzym

July 9, 2020

Nie byłam tutaj ostatnio bardzo obecna i tęskno mi za tym. Dużo się wydarzyło w ostatnich tygodniach oraz miesiącach, a niespodziewany brak dostępu do internetu powstrzymał mnie od wpisów na blogu przez jakiś czas (jakkolwiek, starałam się, w ramach możliwości, być aktywna na moim koncie na Instagramie).

Na sam początek, pomyślałam, aby podzielić się kilkoma słowami o rozpoczęciu lockdown we Włoszech. Obecnie granice są już otwarte, ale nadal jest daleko od tego, co było przed Covid-19.
Brak turystów oraz wszechobecnego chaosu może wydawać się wspaniałym widokiem i doświadczeniem, ale dla wielu osób nie jest on taki. Restauratorzy, hotelarze, sklepikarze, oni wszyscy cierpią z braku turystów.

Mieliśmy zarezerwowane bilety z Rzymu do Londynu. Wieczorem, w przeddzień wyjazdu, czekając na kolejny odcinek “Commissario Montalbano” w telewizji, pokazana została przemowa Premiera Giuseppe Conte. Od tego momentu całe Włochy stały się tzw. czerwoną strefą (początkowo tylko Lombardia była nią objęta). W następnej kolejności nasz lot został odwołany a samą wiadomość od lini lotniczych otrzymaliśmy kilka godzin przed przewidzianym odlotem.
Po chwili przetrawienia tej informacji rozpoczęliśmy odwoływać wszystkie spotkania i wizyty, które mieliśmy umówione w Londynie. Jako że nic już nie mogliśmy na to poradzić, poszłam pobiegać w Parku Villa Borghese, po raz ostatni zanim wszystkie parki zostały zamknięte. Nie trzeba chyba dodawać, że zaraz po tym, wszystkie centra sportowe, restauracje (które w danej chwili mogły być już tylko otwarte na porę obiadową) i praktycznie wszystkie inne biznesy również musiały zawiesić swoją działalność.

Po moim aktywnym poranku w parku postanowiliśmy dogodzić sobie spacerem na, przepyszny i niezapomniany lunch, ostatni przed rozpoczęciem prawdziwego lockdown.Udaliśmy się pieszo z naszego domu przy Piazza del Popolo w kierunku Testaccio, na najlepsze
“cacio e pepe “ i jagnięcinę w mieście w “Felice a Testaccio”. Nigdy nie zamawiam mniejszej porcji makaronu w tym miejscu, jest za dobry. Ponadto, godzinny spacer w jedną stronę pomaga w pozbyciu się wyrzutów sumienia po zjedzeniu hojnej porcji makaronu tonnarelli w kremowym sosie z sera Pecorino szczodrze doprawionym świeżo mielonym czarnym pieprzem.

Wzgórze Awntynu jakkolwiek, stało się naszą obsesją oraz drogą w kierunku Testaccio.
To bardzo eleganckie wzgórze Rzymu jest jednym z najsłodszych, przytulnych i cichych zakątków Rzymu. Nie ma tam cienia sklepu, są tylko przepiękne rezydenckie wille. Do tego Ogród Pomarańczy może się pochwalić wspaniałą panoramą na Rzym, szczególnie romantyczną podczas zachodu słońca. W ciągu dnia prawie zawsze natknęliśmy się tam na podjadającą trawę udomowioną i najbardziej fotografowaną świnię.

Awentyn to miejsce, gdzie czeka się spokojnie w kolejce aby spocząć swój policzek oraz oko na drzwiach Villa del Priorate di Malta ze słynną dziurką od klucza, przez którą w niespotykanej perspektywie wzdłuż alejki ogrodów Giardini dell’Ordine można podziwiać kopułę Bazyliki Św. Piotra. Tym razem nie było kolejek, tylko my. W drodze powrotnej z naszego obiadu już w tym miejscu stał zaparkowany samochód carabinieri, rozpoczynając tym samym wprowadzenie w życie pierwszego etapu lockdown. Kolejna perełka tego wzgórza to Ogród Różany, najprzyjemniejszy dla oka w kwietniu, gdy róże kwitną i pięknie pachną. Niestety, w tym roku we Włoszech o tej porze byliśmy już w pełnym etapie tzw. zostań w domu (lockdown).

Od pierwszych dni marca do 4 maja obowiązywała zasada 200 metrów, innymi słowy dozwolone było tylko wyjście do najbliższego sklepu spożywczego lub apteki. Dalsze przemieszczanie się obejmowało podróż do pracy, względy zdrowotne lub absolutną konieczność.
Obecność policji była wyraźnie odczuwalna. Trzeba było mieć przy sobie dokument tożsamości oraz wypełniony egzemplarz “autocertificazione” przy każdym wyjściu z domu, podając informacje skąd, z jakiej przyczyny i dokąd się udajemy. I uwierzcie mi na słowo, nie było to najmilsze doświadczenie być zatrzymanym i nie mieć tych dokumentów ze sobą.

Tłumy turystów odpuściły już dobry tydzień przed wprowadzeniem lockdown. Wykorzystaliśmy ten czas i odwiedziliśmy ponownie Wzgórze Palatyńskie oraz Muzea Watykańskie w dwa oddzielne dni.
Wyszliśmy z domu w miarę wcześnie i po prostu cieszyliśmy się ze spokojnego spaceru i oczywiście braku kolejek po bilety. Mówiąc prawdę, to były jedne z najprzyjemniejszych dni w Rzymie. Naprawdę niezapomniane chwile.

Podczas najbardziej ścisłego okresu pandemii robiliśmy zakupy spożywcze prawie codziennie. Potrzeba oddechu świeżego powietrza oraz kontakt międzyludzki (w tym przypadku głównie z samymi sprzedawcami) była silniejsza od wygodnej i darmowej usługi dostarczenia zakupów do domu. Bardzo zabawnym było zaobserwować na samym początku brak jakichkolwiek kolejek na przykład do „mojego” rzeźnika, po czym już po tygodniu 20-30 minutowa linia zakupowiczów zaczęła się pojawiać. Chęć osobiście robionych zakupów oraz wymówka wyjścia z domu była już silniejsza dla wielu.
Byłam wręcz zdumiona jak efektywnie funkcjonował cały łańcuch spożywczy podczas tak trudnego i nieprzewidywalnego momentu. Nie doświadczyliśmy masowo robionych zakupów ani robienia zapasów. Być może raz spostrzegłam brak mąki 00 na półkach. Mogłoby się wręcz wydawać, że każdy posiadający wolny czas (lub nie) zamienił się w domowego piekarza. Świerze drożdże były nie do zdobycia, co akurat nie odbiegało od normalności. Nie, nie piekłam własnego chleba. Codziennie wspierałam moją ulubioną piekarnię Forno Roscioli, poza tym, uwielbiam samą drogę po świeży chleb. Moje liczne domowe posiłki na przemian zastępowałam już gotowymi (przeważnie tylko do odgrzania), z ulubionego miejsca, które nigdy nie zawodzi.

Ten czas pozostania w domu dał mi możliwość, i tak też postanowiłam go wykorzystać, do przetestowania nowych przepisów lub powrócić do tych, które od zawsze chciałam wypróbować ja np.: vitello tonnato lub doprowadzić do perfekcji tarte tatin, na której punkcie dostaliśmy obsesji.
Gościły również gnocchi z regionu Veneto z masłem, cukrem i cynamonem, cienkie plastry wieprzowe zapiekane ze szpinakiem i orzechami, gnocchi z semoliny oraz ragu z włoską kiełbasą i przyprawami (Sardynia), sycylijskie pieczone zrazy cielęce przekładne liściem laurowym,
makaron tonnarelli cacio e pepe, tatar wołowy i wiele więcej.

Każdy kraj przechodzi przez ten okres pandemii w lekko odmiennej formie, w zależności od przyjętej polityki przez dany rząd.
Dla nikogo nie był i nie jest to łatwy czas. Niektórzy obchodzili swoje urodziny w samotności. Akurat moje urodziny były w marcu, ale nie wydawał mi się to odpowiedni moment do świętowania. Jakkolwiek upiekłam tort, stracciatella pavlova, co było bardziej okazją do zjedzenia czegoś słodkiego i wypróbowania nowego przepisu. Niektórzy z nas stracili swoich bliskich, bez możliwości okazania ostatniego wyrazu szacunku i pożegnania danej osoby. Święta Wielkanocne bez rodziny nie pachniały Świętami. Rzym miał najpiękniejszą pogodę na Wielkanoc od lat, niestety można było się nią raczyć z tarasu lub tylko przez okno, w większości przypadków.
Lista być może nie ma końca. Wszyscy niespokojnie z niecierpliwością wyczekiwaliśmy stopniowego „otwarcia” granic na poszczególne regiony Włoch i kraje, z wielką nadzieją na powrót do normalności, lub tak zwanej nowej normalności.
Nareszcie nadszedł czwarty maja. Mogliśmy swobodniej poruszać się po Rzymie (obowiązywała zasada 10 km) ale pozostał nadal obowiązek noszenia dokumentów i auto-certyfikacji.
Parki ku mojemu ogromnemu zadowoleniu zostały otwarte. Nigdy nie widziałam wcześniej bardziej tłocznego parku Villa Borghese o ósmej rano. Wszystko się uspokoiło w ciągu kolejnych dni a dzieci szczególnie nie mogły się nacieszyć wolnością.

Początkowo robienie zdjęć tak naprawdę nie było dozwolone, policja często prosiła, aby przestać. Najprawdopodobniej robienie zdjęć nie zaliczało się do podstawowych potrzeb jak robienie zakupów lub pójścia do apteki. Nawet dziennikarze mieli dokładnie sprawdzane swoje licencje. Nieco później te restrykcje się złagodziły ale nie w okolicy Fontanny di Trevi. Reprezentacja policji była bardziej liczna od gromadzących się tam osób. Ponieważ przestrzeń dookoła fontanny jest wąska, celem było zapobiec jakiejkolwiek formie zgromadzenia.

Noszenie masek, przynajmniej w Lacjum, było i nadal jest obowiązkowe w przestrzeniach zamkniętych jak na przykład: sklep, środki komunikacji publicznej, muzeum lub w sytuacjach w których nie można zachować odległości jednego metra od drugiej osoby.
Następnie nadeszły daty na otwarcie innych działalności jak salony fryzjerskie oraz restauracje. Od samego rana krążyłam dookoła najbliższego salonu fryzjerskiego aby umówić nas oboje na wizytę. Udało się. Naszego szczęścia nie było umiaru. Czuliśmy się jak nowo narodzeni, odświeżeni oraz reprezentacyjni. Zarezerwowaliśmy stolik w lokalnej osterii, bardzo dobrze uczęszczanej, również tego wieczoru. Po Rzymie spacerowała Virginia Raggi (prezydent miasta) obserwując atmosferę i życząc smacznego. Czytając gazety następnego dnia, okazało się, że tylko 10% restauracji postanowiło otworzyć swoje drzwi. Nowe zasady bezpieczeństwa i brak turystów zmusiły wielu restauratorów do poczekania. Nadal niektóre restauracje są zamknięte.
Rzym w maju stał się miastem rowerzystów. Zredukowany ruch samochodowy na ulicach umożliwił spokojne i bezpieczne przejażdżki dla całych rodzin. Rzymianie mieli Wieczne Miasto dla siebie, coś wspaniałego.

Na samym początku tego nowego etapu tylko jedno miejsce na Piazza Rotonda (gdzie znajduje się Panteon) serwowało kawę i rogaliki na śniadanie. Wydaje się to może bardzo przyziemne i proste, ale szliśmy tam na kawę prawie codziennie. Było to wręcz magiczne, tylko my, kilku pracowników rządowych i Panteon. Niebawem to się oczywiście zmieniło, a niedziela niewiele się różniła od czasów z przed Covid, swobodnie mówiąc.

Nie mam zwyczaju częstego zabierania ze sobą aparatu fotograficznego. To musi byś wręcz okazja, abym go wzięła. Należę do grupy tych osób, które chodzą dużo, zabierając ze sobą telefon, klucze i kilka monet. Ponadto, aparat staje się dla mnie uciążliwy podczas infernalnego rzymskiego lata. Ale ponad wszystko, uwielbiam doświadczać dane miejsce tu i teraz, zapamiętać je w moim sercu. Skupianie się na zrobieniu „perfekcyjnego zdjęcia” psuje dany moment, jak dla mnie, nieprofesjonalnego fotografa, delikatnie to ujmując.

Osobiście uważam za nieodpowiednie dla chwili gloryfikowanie zdjęć pustych miejsc i atrakcji turystycznych podczas tak trudnego czasu, w którym się znaleźliśmy. Tak, to prawda, jest to wspaniałe doświadczenie widzieć te zazwyczaj oblegane miejsca w mieście jak Rzym puste, ale jednocześnie wiążą się one z wielkim smutkiem, za którym stoi pandemia. W mojej skromnej opinii, ciche podziwianie danego miejsca byłoby bardziej odpowiednie dla danej chwili.

W następnej kolejności zostały otwarte muzea, ale nie wszystkie, sklepy i nareszcie poszczególne regiony Włoch, dla swobodnego przemieszczanie się. Idąc z rana obejrzeć wystawę dzieł Raffaello, Dégustateur zrobił mi kilka zdjęć na pustych schodach przy Piazza Di Spagna, w ramach zapamiętania tego szczęśliwego momentu. To było tuż przed dziewiątą rano. Za pewno wiesz, że La Scalinata jest chyba najbardziej odwiedzanym miejscem w Rzymie i pełna gwaru. Na pewno przed rozpowszechnieniem się koronawirusa. Czasami było tyle ludzi dookoła, że unikałam przechodzenia obok. Na szczęście mieszkając blisko, nie przeszkadzało mi to. Schody nadal się zapełniają, aktualnie głównie w weekendy, ale też znaną przez wszystkich regułą jest to, że z rana większość miejsc jest wolnych od tłumów.

Przez przypadek nie tak dawno temu znalazłam na półce w sklepie świeże drożdże. Zawahałam się, ale kupiłam je. Niestety nie udało mi się ich wykorzystać i ze smutkiem je wyrzuciłam. Najwidoczniej mamy już mniej domowych piekarzy. Jest to pozytywny znak, sygnalizujący nadejście etapu, gdzie większość z nas może już rozwijać swoje aktywności poza murami domu.


Kulinarna podróż do Toskanii

March 31, 2020

Pisałam ten post w myślach już od dłuższego czasu. Wewnątrz czuję, że jest on jeszcze niedokończony, ale pomimo to postanowiłam go tutaj opublikować. Będę wyczekiwała momentu, który pozwoli mi na dokończenie tego, co tutaj rozpoczęłam.
Początkowo zwlekałam nieco z poukładaniem kilku zdań w jedną całość ponieważ mieliśmy w planach podróż do Florencji i prawdopodobnie do Montepulciano pod koniec lutego. Wydaje mi się, że szukałam inspiracji oraz posmakowania nowych dań. Toskanię do chwili obecnej odwiedzaliśmy dość regularnie o różnych porach roku. Dla mniej jest ona najbardziej urocza jesienią oraz wczesną wiosną, kiedy wzgórza otula poranna i popołudniowa mgła, kiedy mogę delektować się dookoła ziemistymi zapachami oraz kiedy kawałek mięsa przygotowany na grillu ze świeżym rozmarynem i podany z kieliszkiem eleganckiego czerwonego wina nigdy nie smakował lepiej. Ale to powiedziawszy czując teraz na skórze bryzę morską przenoszę się w czasie do naszych letnich posiłków: makaron z małżami, krewetkami i langustami (najlepsza z owocami morza jaką chyba jadłam), tatar z czerwonych krewetek udekorowany niewielką porcją burraty, pieczona w całości ryba w soli lub sosie pomidorowym podana z plastrami surowego fenkułu, jedzona w uroczej restauracji delektując się orzeźwiającym dobrze schłodzonym winem musującym i oglądając zachód słońca.

Niestety, podczas obecnej sytuacji szybko rozprzestrzeniającego się koronawirusa musieliśmy jak wszyscy zmienić plany, a właściwie odwołać.

Nie możemy pojechać, ale mogę przynieść niektóre smaki na nasz stół.

Kuchnia toskańska o długiej kulinarnej tradycji i głęboko zakorzenionym lokalnym duchu jest reprezentowana przez to, co jest dostępne do zjedzenie i to dobrze ugotowane. Jest to kuchnia chleba i tego, co daje ziemia, faworyzując proces długiego i powolnego gotowania. Jest synonimem tych dań mięsnych, do których Toskańczycy maja szczególne zamiłowanie: podroby z kurczaka, lampredotto lub flaczki, wołowina rasy Chianina, wieprzowina Cinta Cenese i dziczyzna.
Przywarła do Toskańczyków nazwa mangiafagioli (ci co mają w nawyku jedzenie fasoli) ponieważ fasola, bób, ciecierzyca oraz soczewica goszczą niezmiernie często na kuchennym stole. Chleb jest wręcz święty w tym regionie Włoch i wykorzystany w nieskończonej ilości sposobów. Dania jak panzanella, papa di pomodoro or carabaccia (gęsta zupa pomidorowa i cebulowa) oraz ribollita są oparte właśnie na chlebie. Ribollita, przy okazji, w dniu jej przygotowania jest tylko zupą z chlebem. Ale ten proces ponownego odgrzania, ri-bollire, następnego dnia jest kluczowym składnikiem, bez którego o tej zupie by się nawet nie mówiło.

La Toscana, duży i zróżnicowany region, kiedyś kolebka Renesansu, dzisiaj jeden z regionów o największej koncentracji dzieł sztuki. Położenie geograficzne bez wątpienia ma wpływ na różnorodność produktów, a te z kolei na różnorodność kuchni z podziałem na dania rybne i mięsne. Produkt i smaki tego co daje ziemia są traktowane z szacunkiem bez zatracenia swojego charakteru. Na Toskanię można patrzeć jak na mozaikę lokalnych tradycji często przeplatających i wymieniających się napływami sąsiednich regionów. To kuchnia oparta na jedynie kilku fundamentalnych składnikach jak rustykalny toskański chleb na przykład, dziś znany na przestrzeni całych Włoch. Jego cechą i ogromną zaletą jest brak soli co pozwala na idealne połączenie z innymi, bardziej wyrazistymi w smaku dodatkami i oczywiście ze słonymi szynkami prosciutto crudo oraz salami. Opieczone na grillu kromki chleba casareccio, natarte surowym czosnkiem i skroplone lokalną oliwą są esencją kuchni toskańskiej w jej najprostszej formie.
La cucina toscana (kuchnia toskańska) może być zarazem prosta jak i wyrafinowana, rustykalna i arystokratyczna i ta filozofia odnosi się również do słodkości, szczególnie jak użyte jest Vin Santo lub mąka kasztanowa.

Te kilka powyżej napisanych słów napełnione są napływającą stopniowo nostalgią, którą czuję myśląc o tym zróżnicowanym regionie, gdzie tak wiele jeszcze jest do zobaczenia, odkrycia, posmakowania i nauczenia się. Tęsknię za tymi świeżymi zapachami ziemi, grzybów porcini, wolno gotowanej dziczyzny w sosie, mięsnym ragù z domowym makaronem pappardelle, caciucco (danie na bazie różnego rodzaju ryb oraz sosu pomidorowego) oraz wieloma innymi potrawami, które są jeszcze dla mnie nieznane.

Obecnie, w punkcie kulminacyjnym koronawirusa i ograniczonej swobodzie wychodzenia z domu i przemieszczania się życzę nam wszystkim abyśmy pozostali zdrowi a nakaz pozostania w domu wkrótce się skończy.

Mieszkamy w Historycznym Centrum Rzymu i mogę podzielić się swoimi doświadczeniami tylko z tej części miasta. Mamy kilka małych supermarketów spożywczych, które pracuję bardzo ciężko aby zapewnić nam dostęp do na prawdę szerokiej, praktycznie niezmienionej, gamy produktów przestrzegając przy tym szybko zmieniające się regulacje. Prawie wszystkie produkty są dostępne (oprócz świeżych drożdży, których zdobycie i tak graniczyło z cudem), nikt nie wpada w panikę, może za wyjątkiem kilku obcokrajowców na samym początku nierozumiejących języka, za co nie można ich winić. Wszyscy czekamy na zewnątrz w kolejce zachowując zasadę odstępu jednego metra. Niektórzy sprzedawcy owoców i warzyw zamknęli swoje stragany, niestety na Campo de’ Fiori panują pustki ale nadal jest wielu innych indywidualnych sklepów i sprzedawców, dla których mam ogromny podziw. Rzeźnicy oraz sprzedawcy ryb pokazują swoją pasję do swojej pracy i wręcz zaskakują szerokim wyborem. Stopniowo ulice napełniły się pustką i większość mieszkańców pozostaje w swoich domach, zasady są w znacznej większości przypadków przestrzegane a obecność policji jest coraz mniej wyraźna (co odbieram jako pozytywny znak, wychodzimy z domu tylko wtedy, kiedy jest na to wyraźna potrzeba). Przynajmniej w mojej okolicy.

Jak tylko to wszystko się już skończy i nasze życia rozpoczną po mału wracać do normalności, otworzę butelkę najlepszego wina Suprtoskan lub Vino Nobile di Montepulciano jakie mamy w domu (przez lata udało nam się uzbierać małą kolekcję), zrobię domowy makaron pappardelle, który doprawię sosem z szarpanej wołowiny, gotowanej w winie Chianti Classico i uczcimy tą wiadomość w najlepszym towarzystwie.

Ale w międzyczasie, podczas oczekiwanie na zmiany na lepsze, dzielę się kilkoma propozycjami, które szczególnie lubię, wykorzystując składniki, mam nadzieję łatwo dostępne:

~ sałatka z białej fasoli cannellini, tuńczykiem oraz czerwoną cebulą, którą skosztowałam po raz pierwszy kilka lat temu we Florencji i od razu się zakochałam;

~ sałatka ze świeżych surowych karczochów, pokrojonych w cienkie plastry, sera pecorino oraz słodkich gruszek;

~ zupa krem z ciecierzycy i świeżego rozmarynu;

~ Crostini z wątróbką drobiową oraz Vin Santo;

~ Gnudi con asparagus zafferano / toskańskie kluski ze szpinaku i ricotty w sosie szafranowym oraz szpargami;

~ Stracotto al Chianti Classico / duszona wołowina w winie Chianti Classico;

~ Necci con ricotta / naleśniki z mąki kasztanowej ze słodką ricottą, gruszkami oraz słonym karmelem;

Smacznego!