Wkraczając w Nowy Rok oglądając pokaz sztucznych ogni w Wenecji

January 21, 2019

Okres Świąt spędziliśmy bardzo radośnie i spokojnie. Święta dla nas właściwie rozpoczęły się już kilka dni wcześniej. Kilka rzeczy nałożonych na raz sprawiło, że rozpoczęliśmy czuć się wdzięczni oraz świątecznie jak tylko wróciliśmy do domu w Rzymie, zostawiliśmy walizki do rozpakowania do rana wiedząc, że żadne inne wyjazdy nie były przewidziane, aż do pierwszych tygodni stycznia Nowego Roku 2019.

Ostatnio było wyjątkowo zimno w Rzymie (pogoda, którą uwielbiam) co tylko przyczyniło się do jeszcze wyraźniejszej i uroczystej panującej świątecznej atmosfery. Z nieznanego nam powodu świąteczne oświetlenia wyglądały według nas jeszcze piękniej. A może to my byliśmy wyjątkowo zrelaksowani i po prostu szczęśliwi. Nasze świąteczne zakupy (spożywcze) późnym rankiem były wypełnione radością, wymianą życzeń oraz symbolicznych prezentów w miejscach, gdzie regularnie robimy zakupy spożywcze oraz gdzie się stołujemy od początku naszego przyjazdu. Ostatnią nasza przystanią była nasza „lokalna” winiarnia (niedokładnie najbliższa ale ulubiona) na szybki kieliszek bollicine. Otrzymaliśmy od właściciela śliczny prezent, butelkę wina musującego Ferrari i z jeszcze cięższymi torbami byliśmy gotowi na powrót do domu.

Ja zajęłam się przyrządzaniem jedzenia, na pewno już wiesz jak bardzo lubię gotować, a Dègustateur stał się odpowiedzialny za wino.

W Pierwszy Dzień Świąt według naszej małej tradycji udaliśmy się do Forum Romanum, które jest zamknięte dla zwiedzających tego dnia. Znaleźliśmy perfekcyjne miejsce aby się zatrzymać i móc podziwiać jego pełną zachowaną świetność.

Po czym nadszedł dzień aby wsiąść o poranku do pociągu i wyruszyć do Wenecji.

Dla nas każda możliwa okazja jest dobra aby odwiedzić to zapierające dech w piersiach miasto. Po raz pierwszy przejechaliśmy do Wenecji w okresie Sylwestra i Nowego Roku. Tak na prawdę my prawie nigdy nie świętujemy Sylwestra, wydaje nam się on za bardzo komercyjny i sztampowy. Wolę spędzić ten wieczór przy pysznym ale nadal prostym posiłku popijając dobre wino w domowej atmosferze. A skoro Wenecja stała się jak dom dla nas, to dlaczego nie obejrzeć pokazu noworocznych sztucznych ogni właśnie tam? Zatem pojechaliśmy do Wenecji.

Podróż pociągiem z Rzymu to żaden wysiłek, przeważnie nadrabiam zaległości w czytaniu lub myślę o tym co możemy zaplanować na nadchodzące dni, co nowego zobaczyć albo ponownie odwiedzić. Głównie program opiera się o kulturę i kuchnię laguny, która ogromnie nam zasmakowała.

Jak tylko zrozumiesz kuchnię regionalną Włoch nigdy nie będzie ona nudna, a wręcz przeciwnie.
Kuchnia Wenecji oraz całej laguny nie jest wyjątkiem od tej reguły.

Pogoda była wręcz perfekcyjna, chłodne ale słoneczne suche dni z wieczorną mgłą kładącą się na tafli już spokojnej wody. Wręcz hipnotyzujące i magiczne, czasem przyprawiające o dreszcze.

Jak tylko przybywamy do Wenecji koniecznie musimy się udać (głodni) „a chicchetti”. Są to małe przekąski podawane w bàcara na bazie chleba lub polenty z dodatkami, lub mogą to być na przykład małe porcje pulpetów, sałatki z owoców morza, ugotowane jajko z sardelą lub karczochy. Całość dopełnia z reguły kieliszek prosecco. I to jest dokładnie to co zrobiliśmy zaraz po naszym przejeździe kilka tygodni temu.

Pogoda była przepiękna, wręcz idealna na rejs łodzią. Nie zabrało nam wiele czasu podjęcie decyzji o wybraniu się na niedzielny obiad na błogą i spokojną wyspę Torcello. Dom wręcz garstki mieszkańców ale również dom dobrze znanej restauracji (oraz pensjonatu) Locanda Cipriani.
Ernest Hemingway był tak oczarowany wyjątkowym urokiem wyspy, że zamieszkał w Locanda Cipriani jesienią 1948 roku, dzieląc swój czas pomiędzy tworzenie swoich dzieł oraz polowanie na kaczki. Po przeczytaniu książki „Autumn in Venice” by Andrea di Robilant opowiadającej o romansie Hemingwaya z tym miastem i jego wieloletniej muzie o imieniu Adriana, którą poznał właśnie w Wenecji, zapragnęłam nareszcie udać się na Torcello.

Lunch był wyśmienity, pieczone przegrzebki, langusty w saor, naleśniki z radicchio i cielęcym
ragù a następnie wątróbki z cebulą i polentą oraz zupa rybna z dodatkiem owoców morza. Odkryliśmy kolejne fantastyczne wino z regionu Veneto, którego butelkę udało mi się zdobyć w lokalnej enotece i zabrać do Rzymu.

Zimne dni wołają o pasta e fagioli, rozgrzewający i gęsty krem na bazie fasoli borlotti z dodatkiem pancetty i krótkiego makaronu. Bardzo często przygotowuję to danie w domu. Nie tylko dlatego, że przywołuje mi do pamięci Wenecję, ale dlatego że jest ono proste i smaczne. Nie ma nic bardziej komfortowego niż usiąść przy oknie weneckiej osteria i oglądać mijający świat jedząc talerz pasta e fagioli. Wydaje się, że świat spowalnia. Jest mi ciepło i czuję się spokojna. Kto wie, może to rezultat jaki ma na mnie „La Serenissima” ?

Prawie dwudziesto pięcio minutowy pokaz fajerwerków był wręcz spektakularny, jeden z najlepszych jakie widzieliśmy. W tym momencie zadajemy sobie pytanie: a może to powtórzymy?

Część całej zabawy dla nas to powrót do już nam dobrze znanych restauracji ale również znalezienie nowych. Ten wyjazd był bardzo udany także pod tym względem. Mam na mojej już niemałej liście do dodania kolejne adresy miejsc, do których chciałabym wrócić i ponownie zjeść te same dania i nie tylko.

Po zakupieniu prawie dwóch kilo lokalnej pasty zwanej bogoli (prawie niespotykanej w Rzymie) jesteśmy gotowi do powrotu. W pociągu zastanawiam się nad menu na kolację z przyjaciółmi, do której zostało już tylko kilka dni. Od dłuższego czasu opowiadam im o bigoli in salsa, na którą narobiłam im apetytu. Sos jest prosty, reprezentatywny dla kuchni włoskiej i składa się z kilku składników: cebuli gotowanej tak długo, aż rozpocznie się rozpadać oraz dla kontrastu jej słodkości dodaje się sardele. Kiedyś Wenecja była największym w Europie portem handlu przyprawami a pozostałości i wpływy tego okresu na kuchnię można odnaleźć w wielu daniach.
Mój mały dodatek do bigoli in salsa to szczypta cynamonu, który w mojej opinii perfekcyjnie łączy smaki laguny i jej przeszłość.

Ale ja w tym momencie nadal wracam do kremowego risotto z langustami i kasztanami, które jadłam w Nowy Rok. Całe szczęście, że podróż pociągiem była wystarczająca długa na podjęcie tak ważnej decyzji.

W Rzymie mamy karczochy po rzymsku, wypełnione mentuccia lub miętą, pietruszką i czosnkiem, gotowane w oliwie, aż staną się miękkie. Przed podanie skroplone sokiem z cytryny. Wymagają więcej pracy ale są tego warte. W Wenecji, fondi di carciofi, serca karczochów są lokalnym przysmakiem. Są one lekko podsmażone a następnie ugotowane z dodatkiem czosnku, białego wina i sporej ilości pietruszki. Zatem przygotowałam tą właśnie wersję na rozpoczęcie kolacji.

Już jakiś czas temu obiecałam przyjaciołom bigoli in slasa, a obietnic się dotrzymuje. Risotto z kasztanami i langustami będzie musiało poczekać na następną kolację, pewnie tylko nas dwoje a do tego nowe wino, które przywieźliśmy? Myślę, że tak.

W Rzymie gotuję „moje włoskie pulpety” z dodatkiem tartej skórki cytryny oraz parmezanu. Lubię również dodać mieloną cielęcinę. Są one delikatne ale o charakterystycznym smaku i podaję je z sosem pomidorowym, w którym się one gotują. Ich smak polepsza się przez noc, zatem przygotowałam je jako danie główne. Dzięki temu mogę więcej czasu spędzić z gośćmi. Na stole zawsze gości sałatka. Tym razem z moimi ostatnio ulubionymi liśćmi radicchietto, skroplonymi oliwą, w której pozostawiłam ząbek czosnku na 20 minut dla smaku oraz dobrym octem winnym.

Wróciwszy niedawno z Wenecji, nie mogłam wybrać innego deseru na zakończenie kolacji jak tiramisù. Włoskie desery nie są zbytnio skomplikowane, ale wymagają dobrej jakości składników oraz ich harmonicznego połączenia. Istnieje tyle wersji „perfekcyjnego tiramisù” biorąc pod uwagę składniki i ich proporcje jak dodany alkohol, kawa czy na przykład bita śmietana.
Tutaj jest mój przepis, który daje tak pożądaną lekkość i delikatność tego deseru z nutką kawy i przenikającym rozgrzewającym aromatem połączenia rumu z winem Marsala.