Nie ma to jak w domu

September 25, 2019

Jakie to błogie uczucie powrotu do domu, do swojego łóżka, do swojej kuchni, do swojej przestrzeni. Dobrze jest być z powrotem.

Przez ostatnie lata polubiłam krótsze wyjazdy. Kilka dni poza domem dla zmiany otoczenia, poznania nowych smaków oraz wina lub po prostu powrót do znanych już nam miejsc, które są bliskie naszemu sercu i przynoszą nam ogromny uśmiech na twarzy.

Podczas dłuższego czasu nieobecności w domu nawet najurokliwsze miejsce nie może mnie powstrzymać od powolnego kształtowania się uczucia tęsknoty i nostalgii. Tak przynajmniej było do niedawna, do tegorocznych letnich wakacji. W jakikolwiek sposób w pewnym momencie dochodzi do punktu zwrotnego, najczęściej w najmniej oczekiwanym momencie. Mogę to wytłumaczyć następująco: w tym roku naprawdę wspaniale spędziliśmy nasze wakacje. Był to czas, który chciałabym zatrzymać na dłużej, słodkie poczucie szczęścia, które chciałabym, aby wiecznie trwało.

Lato rozpoczęliśmy od magicznego tygodnia na Sycylii. Po chwili refleksji myślę, że to był nasz najbardziej udany wyjazd na Sycylię jak do tej pory. Wielokrotnie podróżując po Włoszech, zdobyliśmy cenne doświadczenie, dzięki któremu wiele rzeczy stało się dla nas prostszye. Jest to doświadczenie i pewność, które można zdobyć tylko z czasem i praktyką. Oboje cieszymy się faktem i czujemy się uprzywilejowani, iż możemy tego doświadczyć oraz mieszkać we Włoszech.

Tegoroczne lato w Rzymie było niewiarygodnie gorące i to dopiero teraz, podczas pierwszych dni września możemy odczuć zmienę pogody i cieszyć się z niższych temperatur, przelotnych burz z deszczem, grzmotami oraz jasnymi błyskawicami. Jednocześnie towarzyszy temu wysoki poziom wilgotności powietrza, jest wręcz parno.

Rzymianie używają słowa l’afa aby połączyć takie zjawiska atmosferyczne jak nadmiernie wysokie temperatury, parne powietrze oraz brak wiatru w jedno. Jedno słowo perfekcyjnie podsumowujące, którego sporadycznie używam (w tym roku o wiele częściej niż bym chciała) podczas miesięcy lipca oraz sierpnia.

Apulia, ogromny region na dole tak zwanego włoskiego obcasu, był naszym domem przez pewien czas w sierpniu. Dolina Valle d’Itria jest z jedną z najbardziej niezwykłych i charakterystycznych przykładów regionalnego folkloru. To właśnie w tej dolinie się zatrzymaliśmy mieszkając w małym i słodkim domku trullo. Poza trullo do dyspozycji mieliśmy basen o bardzo dobrych rozmiarach, który był nieoceniony w najbardziej upalne dni, ogród z gęsto rosnącymi ziołami oraz ogrodowy grill z cegły, co Dègustateur naprawdę uwielbia. I to właśnie On zajął przygotowaniami, pieczeniem przygotowanego przeze mnie jedzenia na grilla i co uwielbiam, później jego czyszczeniem.

To nie była nasza pierwsza wizyta w Apulii. Po raz pierwszy odwiedziliśmy ten region na samym początku naszej przeprowadzki do Rzymu, późnym styczniem prawie cztery lata temu. Nie mieliśmy nawet jeszcze z nami naszych rzeczy, jedynie dwie walizki ubrań. Patrząc na tą wyprawę z perspektywy czasu jestem pewna, że czujemy się bardziej pewnie oraz komfortowo gdziekolwiek nie jesteśmy we Włoszech. Nauczenie się języka bez wątpienia pomogło. Na szczęście porozumiewałam się bez większego problemu już na samym początku, ale pewien stopień płynności, zrozumienia oraz żartobliwości zdobywa się tylko z czasem. Zostaliśmy wówczas w Lecce, przepięknym, barokowym mieście, którego ulice mieniły się skąpane w popołudniowym złotym świetle. Atmosfera była przemiła i spokojna. Okres pozasezonowy, który staramy się wykorzystać jeśli tylko możemy. Nadal pamiętam smak dekadenckiego i typowego dla miejsca pasticciotto leccese, owalnego ciasteczka wypełnionego pysznym kremem budyniowym. Do ciasta dodaje się tradycyjnie strutto (smalec). Wykonałam kilka prób upieczenia pasticciotto w domu ale rzeczywistość jest taka, iż mam jeszcze kilka punktów do ulepszenia. Ale nie martwi mnie to ponieważ wierzę, że istnieją specjały, które jednak smakują lepiej w miejscu swojego pochodzenia.
Co mi pozostało to chyba powrót do Lecce. Pasticciotti oczywiście są do kupienia w Rzymie, jednak nie smakują one tak samo, i pewnie nigdy nie będą.

Absolutnie uwielbialiśmy robienie zakupów spożywczych w Alberobello, oddalone o kilka minut jazdy samochodem. Natknęliśmy się tam na dwa przeciwległe delikatesy gdzie półki się wręcz uginały od różnorodnych lokalnych produktów. Ogromny wybór lokalnych szynek, z czego słynne capocollo, serów, grillowanych warzyw skąpanych w oliwie oraz marynowane owoce morza wołające: kup mnie, kup mnie! Zatem kupiliśmy, i to dużo. Dogodziliśmy sobie również lokalnym winem. Winem otrzymanym z winogron Primitivo o bardzo ciemnych skórkach. Uwielbiam także butelki do wina Primitivo, są one ciemne, dość duże i ciężkie.

Najczęściej jednak odwiedzaliśmy kolejne, niedaleko położne od naszego trullo urocze i słodkie „białe miasteczko” Locorotondo. To właśnie tam Dègustateur posmakował najlepsze jak dotąd stinco (pieczona goleń wieprzowa). Ja mianowicie, będąc fanką dania „kuchni biednej” składającego się z puree z suchego bobu, ugotowanego szpinaku lub liści buraka polanego najlepszą oliwą, nie mogłam narzekać.

Makaron typu orecchiette jest najbardziej znanym poza regionem Apulii. Wygląda on niewielkie dyski przypominające kształtem małe ucho, stąd też wzięła się nazwa. Orecchiette con cime di rapa (liście brokułowe) są chyba najbardziej znanym daniem. Niestety nie był to na nie sezon, posmakowałam więc orecchiette con braciole. Innymi słowy, uszka ze zrazami gotowanymi w sosie pomidorowym. Danie przypadło mi do gustu tak bardzo, że od razu je przygotowałam po powrocie do domu i opublikowałam na blogu.

Naprawdę wspaniale spędziliśmy ten czas. Dla urozmaicenia (jedzenia) jeździliśmy nad morze, do miejsca odwiedzanego głównie przez ludzi lokalnych (pomimo, że nieopodal znajduje się słynny hotel Borgo Egnazio) i kosztowaliśmy prawie wszystkiego co łódź rybacka miała do zaoferowania danego dnia. Zafundowaliśmy sobie spore porcje jeżowca, czerwonych krewetek oraz langusty.
Te przysmaki były tak słodkie, wręcz niebiańsko dobre. Z hojnej selekcji ciepłych przystawek, najbardziej zasmakował nam czarny ryż z serem burrata oraz pieczone lokalne małże au gratin.

Otwieranie surowych małż było dla mnie dość skomplikowane. Istnieje specjalna metoda do tego, technika, której na pewno nie mam w pełni opanowanej. Jednak pokusa upieczenia tiella barese była silniejsza od moich zdolności. W konsekwencji, dzięki mojej upartości i po kilku niewielkich ranach na moich palcach udało mi się otworzyć surowe małże według wskazówek oraz zachować wodę, która jest wydzielana podczas ich otwierania (potrzebna później do pieczenia dania). Reszta już była prosta. Tiella barese składa się z przekładanych warstw cienkich plastrów ziemniaków, plastrów cebuli, pokrojonych pomidorów, ryżu oraz otwartych małż, pozostawionych na jednej połówce muszli. Każda warstwa posypana jest tartym serem pecorino i pieczona w tygielku przez około godzinę. Tiella była przepyszna. Była tak smakowita, że pewnie zapomnę o pokaleczonych i lekko bolących palcach u rąk i przygotuję ją jeszcze raz. Była wręcz zaskakująco wyborna.

Prędzej bądź poźniej każde wakacje dobiegają końca i nadchodzi czas powrotu. Dom jest zawsze domem, moją przestrzenią, moim powietrzem. Rzym od końca sierpnia stopniowo wraca do życia.

Uwielbiam wracać do mojej kuchni i krzątać się po niej. Zawsze gromadzę i przywożę tyle pomysłów (które niestety nie zawsze zapisuję) odnośnie jedzenia i potraw do ugotowania, ale oboje mieliśmy ogromną ochotę na tradycyjne danie rzymskie. Dania składające się zaledwie z kilku składników o intensywnym smaku. To jest prawdopodobnie najbardziej trafne podsumowanie kuchni rzymskiej.

Natychmiast przygotowałam straccetti wołowe, bardzo cienkie plastry wołowiny, które w rezultacie składają się na znakomite danie.

Nigdy nie dodaję bułki tartej ani mąki do tego przepisu (co widziałam w przeszłości). Moja wersja jest prosta i pełna aromatów. To właśnie dlatego nie smażę mięsa przez krótką chwilę na dużym ogniu i podaję prawie od razu. Osobiście lubię mięso delikatnie gotować w białym winie, z dodatkiem majeranku, soli, pieprzu i bardzo często odrobiny octu balsamicznego. Widzisz, dla mnie smak i aromat są najważniejsze a mięso może tylko ich nabrać, jeżeli ma na to wystarczająco dużo czasu. Danie jest bardzo szybkie do przygotowania, nie potrzeba więcej jak 30 minut na patelni i jest gotowe. Niedawno odwiedził nas nasz przyjaciel, który uwielbia starccetti. Oczywiście przygotowałam je na kolację i podałam z dodatkiem liści rukoli i płatkami parmezanu. Pycha.

Gościna Roberta była perfekcyjną wymówką na ugotowanie niektórych klasycznych dań rzymskich, na które tak mieliśmy ochotę. Na początek makaron alla carbonara oraz l’amatriciana gdzie guanciale odgrywa kluczową rolę. Naturalnie razem udaliśmy do ulubionych restauracji gdzie konieczne do spróbowania były: coda alla vaccinara (ogon wołowy), jagnięcina, tonnarelli cacio e peppe (makaron z serem pecorino i pieprzem). Poza tym robiliśmy przystanki w enotekach i winiarniach na kieliszek Prosecco lub Frenciacorta, ulubiony aperitif na rozpoczęcie wieczoru.
Wycieczki na lody zarezerwowane były po kolacji z dwóch przyczyn: dla mnie to fantastyczne zakończenie posiłku oraz kolejki są mniejsze.

Dużo chodziliśmy po Rzymie z Robertem. Cieszy mnie to, że docenia to miasto, kulturę gastronomiczna, klimat a co najważniejsze, historię. Podczas jednego ze spacerów oglądaliśmy Forum Rzymskie ze Wzgórza Kapitolu. Światło późnego popołudnia było ciepłe o pomarańczowym odcieniu, słodko i delikatnie kontrastujące z cieniami. Pozostaliśmy tak przez chwilę, podziwiając serce Cesarstwa Rzymskiego w ciszy.

I to była właśnie jedna z tych chwil kiedy mówię, dobrze jest być w domu.